WYWIADY I RELACJE BARTKA STRANZA O POW WOW ORAZ BLACKFEET NATION - BROWNING MONTANA USA



Bartosz Stranz jest absolwentem Blackfeet Community College, na kierunku Blackfeet Studies w 1999 r uzyskał tytuł Associate of Arts. Po polskiej maturze w wieku 21 lat (1992) wyjechał do USA. Obecnie od 13 lat, mieszka w rezerwacie Blackfeet ( Czarnych Stóp ) w Browning w Montanie, gdzie czynnie uczestniczy w życiu kulturalnym i duchowym społeczności tubylczej. Dwukrotnie był jednym z inicjatorów i organizatorów przyjazdu do Polski zaprzyjaźnionych z nim grup Indian.
W 2003 roku ludzi z narodów Blackfeet ( Browning - Montana ) i Lakota ( Pine Ridge - South Dakota ), obecnych w Biskupinie podczas Festynu Archeologicznego " Indian Summer" oraz w 2006 roku grupy Indian Nisqually (Frank's Landing Indian Commmunity - Washington ) oraz Blackfeet ( Browning - Montana ), którzy wzięli udział m.in. w Katowickim Powwow 2006.


ZOBACZ ARCHIWALNE ROZMOWY I RELACJE BARTKA STRANZA "ŹRÓDEŁKA "

Kilka słów o Powwow (2003)|Pytać, aby się doskonalić (1996)|Lato w Browning (1996)|Zima w Browning (1997)|Bliżej Stwórcy (1998)|Wizyta Indian na Pomorzu (2006)

Gazeta Biskupińska nr 2/2003 "Polacy na indiańskich ścieżkach - Bartosz Stranz"
oraz Gość Gdański 50/135/2006 "Czarne Stopy na Pomorzu"








"Kilka słów o Powwow"


Oto fragment rozmowy przeprowadzonej podczas styczniowej Sesji Popularno Naukowej w Warszawie ( 18.01.2003 ) pomiędzy Marcinem Królem (Zaic) a Bartoszem Stranzem (Źródło), której tematem było oczywiście POW WOW.


ZAIC: Twoje zdanie na temat organizacji POW WOW w naszym kraju.

ŹRÓDŁO: O tym, że odbyła się taka impreza dowiedziałem się od Cypriana i Janka.
Bardzo podoba mi się ten pomysł , jestem za tym bardziej, że podczas osobistych rozmów z moimi przyjaciółmi z takich kapel jak Northern Cree i
Black Lodge Singers wiele razy słyszałem, że bardzo chętnie przyjechali by do naszego kraju i przeprowadzili jakąś formę warsztatów dla zainteresowanych śpiewem i tańcem.
Tego rodzaju impreza świetnie by się do tego nadawała.

ZAIC: Twoje spostrzeżenia o POW WOW odbywających się w Stanach i Kanadzie.

ŹRÓDŁO: POW WOW można śmiało podzielić w tej chwili na te które odbywają się w rezerwatach i zachowują formę spotkań rodzinnych oraz na te wielkie imprezy odbywające się w wielkich salach sportowych często skierowanych do turystów.
POW WOW odbywające się w rezerwatach mają niepowtarzalną atmosferę i klimat , widać przejawy starej tradycji - wiele osób mówi swoim rdzennym językiem. Na takim POW WOW stoją tipi i palą się w nich ogniska.
Odbywa się wiele lokalnych imprez (np. u Czarnych Stóp nadaje się imiona, odbywają się transfery malowania tipi, przekazania pióropusza rozdaje się prezenty, odbywają się uczty itp.).
Wszystkie te imprezy towarzyszące powodują, że cały plan wali w łeb i cała zabawa wydłuża się nie raz do poranka następnego dnia.
Imprezy organizowane w wielkich salach sportowych zaczynają się o ściśle określonej porze i tak samo kończą. Tam musi być wszystko zorganizowane na sto procent.
Trzeba jednak przyznać, że imprezy te są potrzebne. Na takim POW WOW odbywa się wiele konkurencji w związku z czym Indianie mogą zarobić nie raz nie małe pieniążki, dzięki czemu zabezpieczają swoją najbliższą przyszłość.
Dla wielu Indian POW WOW stało się takim szlakiem gdzie w swoich samochodach przemierzają masę kilometrów zaliczając kolejne imprezy świetnie sie przy tym bawiąc .
Wielokrotnie odbywają się narady rodzinne gdzie warto jechać i kalkuluje się szanse zwycięstwa ale jest tu również inna sprawa a mianowicie - jakie zespoły będą grały bo przecież wiadomo, że oddziaływanie kapeli na tancerzy jest ogromne.
Na wielkich POW WOW w zamian za wszystkie ceremonie na które nie ma tam czasu, odbywa się wiele konkurencji pokazowych niekoniecznie prezentowanych przez Indian.
Wracając jeszcze do tych POW WOW kameralnych rezerwatowych trzeba powiedzieć, że również wykorzystują je różne stowarzyszenia aby się pokazać i zaznaczyć swoją obecność.

ZAIC: Co możesz powiedzieć o uczestnictwie dziewczyn w kapelach czy śpiewają i grają?

ŹRÓDŁO: Oczywiście grają a nawet są często motorami napędowymi kapel.
Ja osobiście lubię bardzo widok kiedy przy kapeli ustawiają się nie tylko ludzie z magnetofonami ale również kobiety, które tworzą swoisty chórek - daje to rewelacyjny efekt.

ZAIC: Jak to jest z obieraniem sobie stylów i kategorii tanecznych ?

ŹRÓDŁO: Na to pytanie mogę odpowiedzieć na podstawie własnych obserwacji.
Często decydują obecnie finanse rodziców lub rodziny sponsorującej i od tego trzeba zacząć. Najczęściej pierwszym strojem jest grass lub traditional . Są to stroje proste do zrobienia , dzieci szybko rosną nie trzeba używać wielu paciorów i łatwo je przerabiać.
Często tancerzy można zobaczyć w dwóch stylach a jest to efektem tego, że cały czas się rozwijają, robią kolejne stroje nie trzymając się kurczowo jednej kategorii. Młody tancerz im więcej tańczy i odnosi jakieś sukcesy tym bardziej usamodzielnia się zaczyna sam powoli decydować o wyglądzie swego stroju aż w końcu cały strój wykonuje sam.
Fajną sprawą jest kiedy tancerz posiada dwa stroje do jednej kategorii - na sesje ranną i wieczorną. Na sesji wieczornej jest pełna powaga każdy chce się zaprezentować z jak najlepszej strony. Chłopaki się malują bo to jest ich czas, ich wygląd wpływa na póżniejszą ocenę sędziów.
Znam wielu tancerzy którzy tańczą bardzo dobrze ale tracą punkty z powodu tego, że mają lichy strój a to w szczególności wiąże się z kobietami np. w stroju tradycyjnym musi być pacior aby kobieta miała szanse wygrać.

ZAIC: Jak to jest z ceremonią podniesienia pióra, które spadło na arenę tancerzowi.
Czy przez to, że POW WOW tak bardzo się rozrosło ta tradycja zanikła?

ŹRÓDŁO: Nie...nie... cały czas ta ceremonia istnieje.
U Lakotów jeśli pióro spadnie następuje przerwanie imprezy i prosi się osoby ze starszyzny, które następnie modlą się nad tym piórem. Następnie zostaje ono podniesione a osoba, która te pióro zgubiła ofiarowuje jakiś gift okazując przy tym skruchę.
Dziadek, członek starszyzny wygłasza tej osobie jakąś mądrość , opowieść .
Natomiast u Czarnych Stóp Arena Director nie przerywa tańca lecz staje przy zgubie niejako chroniąc je i czeka do końca tańca - dopiero wtedy odbywa się ceremonialne podniesienia pióra .

ZAIC: Czy tancerz w takim wypadku odpada z dalszego udziału w konkursie ?

ŹRÓDŁO: To zależy. Można powiedzieć, że co kraj to obyczaj .
Lakoci są bardzo konserwatywni, natomiast Czarne Stopy bardziej liberalni.
Tańczysz a więc cały strój się rusza i nie ma siły aby od czasu do czasu coś się nie uszkodziło lub nie spadło . Nie jesteś eliminowany - to tancerze sami czują wewnętrznie co powinni zrobić .
Widziałem parokrotnie grasiaży którym zsuwa się roach i albo od razu taki tancerz opuszcza arenę albo tylko szybko poprawia go i tańczy dalej .....ale jest to podyktowane własnym sumieniem .

ZAIC: Czy POW WOW wywołuje u samych Indian jeszcze jakieś emocje ?

ŹRÓDŁO: O tak jest niesamowita atmosfera.... ostatnie przygotowania wszystko często na ostatnią minutę , ostatnie szlify przy stroju.... tak było jest i będzie .
POW WOW wywołuje duże pobudzenie w narodzie , jest to wielkie święto całej społeczności.
Nie jeden MC mówi, że gdyby odebrano im POWWOW to przestali by istnieć , bo jest to obecnie jedyny rodzaj integracji między plemiennej . Indianie przemieszczają się po całym kraju , jeżeli tego by nie było to wszystko by się rozłożyło . Jest to jakiś trzon w kulturze indiańskiej, który powoduje że to tętni i żyje.

ZAIC: I na koniec korzystając z tego, że ta rozmowa odbywa się po naszym ( Huu-Ska Luta) występie na sesji - czy możesz się podzielić swoimi wrażeniami?

ŹRÓDŁO: Jestem szczęśliwy i byłem uradowany widząc was w akcji. Jestem pełen podziwu.
Widziałem kasetę z Wymysłowa z przed 2 lat. Pamiętam, że oglądałem ją bardzo dokładnie i muszę powiedzieć, że jest ogromny progres między tym co prezentowaliście wtedy a tym co zobaczyłem dziś tutaj.
Mogę powiedzieć, że jestem zszokowany jeśli idzie o postęp bo w niecałe dwa lata zrobiliście kawał dobrej roboty.
Indianom na pewno by się podobało. Jest super !!!

ZAIC: Bardzo dziękuje, że poświęciłeś nam troszeczkę czasu.

Dla czytających ten wywiad małe sprostowanie , tekst tego wywiadu nie jest autoryzowany przez Bartka a więc starałem się zachować oryginalność słów czasami wprowadzając małe zmiany. Dodac należy, że jest to tylko fragment dwu godzinnej rozmowy .
Marcin "Zaic" Król

Kontakt z Bartoszem Stranzem



Kilka słów o Powwow (2003)|Pytać, aby się doskonalić (1996)|Lato w Browning (1996)|Zima w Browning (1997)|Bliżej Stwórcy (1998)|Wizyta Indian na Pomorzu (2006)




" Pytać, aby się doskonalić " z Bartkiem Stranzem "Źródełkiem" rozmawia Marek Maciołek - tekst ukazał się w : "Tawacin" nr 1[37], wiosna 1997, ss. 14-19

Polacy w różnych celach jeździli do Ameryki, jedni żeby się bić, jak Kościuszko czy Pułaski, inni za chlebem. Po co Ty pojechałeś do Ameryki?

To pytanie zadawałem sobie przez cztery lata, ponieważ jak wiesz, moje losy były związane ze Świętym Biegiem w 1992 roku z Alaski do Nowego Meksyku. Przez pierwsze miesiące byłem podekscytowany ideą, dopóki nie pojawiły się drobne problemy między biegaczami i zauważyłem, że zachwiała się we mnie idea czterech kolorów. Po skończonym Biegu, jak większość Polaków jeździłem po Ameryce. Polak jest jakby ogłupiały, ponieważ jest daleko od rodziny i jest sam. Chciałbyś swoje wrażenia przekazać najbliższej osobie, która jest zainteresowana Indianami i Ameryką od drugiej strony, czyli wydarzenia na ulicy, gangi, jaja, hippisi, Jimi Hendricks. Sporo czasu minęło, zanim to ogłupienie Ameryką spłynęło ze mnie. Zawdzięczam to tylko i wyłącznie ludziom, wśród których się obecnie obracam, czyli Blackfeet. Będąc w dużym mieście zastanawiałem się, po co ja tu właściwie jestem. Dla pieniędzy, dla idei, czy dla wartości duchowych? Różniłem się od naszych rodaków, od Polonii, która uważała to wybryk młodości, że się kontaktuję z dziczą. Jako że mieszkałem w Detroit, a Jacek Piwowski był w rezerwacie, bardzo często do niego jeździłem. W ciągu trzech lat byłem 8 razy w Montanie, a w jedną stronę jedzie się 36 godzin z Detroit i jest to 3,5 tys. kilometrów. Rok temu zdałem sobie sprawę, że po raz kolejny opuszczam Detroit, była to wiosna 1995. Jechałem w odwiedziny do Jacka, na podbój rezerwatu. I wtedy pojawiła się okoliczność, że mogę zostać. W sumie było to szaleństwo, ale postawiłem wszystko na jedną kartę, albo życie materialne, wygoda i trucie się w zakładzie chemicznym i radość życia w sensie nowego CD lub telewizora, albo radość duchowa. I wybrałem to drugie. Zajęło mi to aż trzy lata, zanim się określiłem.

Swoją przyszłość wiążesz teraz z Indianami? Czy musiałeś pojechać aż do Ameryki, żeby się określić? Czy potrafiłbyś się znaleźć w Polsce?

Powiem ci, że trudno mi się znaleźć w Polsce. Bardzo się cieszę, widząc Polskę, spotykając znajomych i przyjaciół, rodzinę, ale w sercu mi drzemie np. preria, ludzie, których znam, którzy mi okazują swoją uczuciowość, czasami więcej niż rodzina. Nie jestem im obojętny, bo w ciągu tygodnia dostaję tu w Polsce dwa-trzy telefony od nich z pytaniem, co robię. Troszczą się o mnie, interesują się, jak sobie daję radę. Poza tym, patrzę na Polskę i jednocześnie widzę Stany. Życie moje dyktuje obecnie natura i problemy są zupełnie inne niż gdy się mieszka w bloku w Polsce. Na przykład, moim problemem wśród Blackfeet byłoby teraz zapewnić opał i przed wyjazdem do Polski wstawałem w nocy i dokładałem do pieca, żeby rano było ciepło, żeby dzieci, gdy wstaną do szkoły, nie marzły. Drugi problem to odśnieżyć driveway, podjazd do domu i żeby samochód zastartował.
Będąc w Polsce, czuję się świetnie, ale nie mam tyle czasu, żeby być sam ze sobą, jak w Montanie. Tam idziesz na polowanie, czy na ryby i zajmuje ci to cały dzień. Masz wiele, bardzo wiele czasu do myślenia nad sobą - to jest raz. Po drugie, była to dla mnie szkoła życia. Czasami mówi się, że wojsko to szkoła życia. Ja cos takiego przeżyłem w Ameryce. Wydaje mi się, że miałem jeszcze gorzej, bo nie znałem języka, żadnych układów, znajomych i można naprawdę wpakować się w tarapaty, na przykład na ulicy, gdzie Murzyn goni cię z bronią, bo takie rzeczy naprawdę przeżyłem. Wychodzisz wtedy z opieką Boską i zdajesz sobie sprawę, co się naprawdę stało. Albo, gdy jesteś w szałasie potu i jest request; pytanie, po co przyszedłeś do szałasu. Jestem jedynym białym i symbolizuję całą Polskę w tym momencie, cały kraj i cały naród. I to jest niesamowity moment. Bardzo często płaczę i ludzie mnie w skupieniu słuchają, jakie ja mam problemy, bo to jest dla nich też ewenement, że jest wśród nich człowiek, który jest biały i jest z Europy, chce z nimi zostać, przebywać, uczyć się od nich historii, języka, tradycji, a jednocześnie ma w sobie Polskę. Ma swoje korzenie i opowiada podczas ceremonii indiańskiej. Opowiadam wtedy o różnych sprawach, m.in. o kiełbasie. W szałasie, gdzie wybucha paniczny śmiech, a potem przechodzimy na temat orła, czy np. przelewu krwi naszych pradziadów, podając np. Kościuszkę, zabory, Syberię, Auschwitz i Powstanie Warszawskie. Dla nich to są niesamowite opowieści z mojej strony. Jest pomór, nikt mi nie przerywa, ja mówię, i wszyscy słuchają z poważaniem. Potrzeba mi było Ameryki, narodu Blackfeet. Gdy mówisz, to ludzie ciebie słuchają, i nikt w połowie zdania ci nie wchodzi. Sam się złapałem na wielu momentach, że u gospodarzy, u których mieszkam, czasami wchodzę im w zdanie. I to jest bardzo nieładne, niestosowne zachowanie.
Druga sprawa, jaką Stany we mnie zmieniły, to poczułem silniejsze korzenie do Polski. I nie wstydzę się, że jestem Polakiem. Symbolizuję sam w sobie Polskę. Wiadomo, jak się zachowują polscy imigranci zagranicą, wszędzie jest tak samo, czy w RFN, czy we Francji. Czasami wchodząc do sklepu w dużym mieście, wstydziłem się, że jestem Polakiem. I gdy ekspedientka pytała mnie, czy nie jestem studentem z Niemiec, w ramach wymiany, ponieważ mam blond włosy, byłem zadowolony. Z drugiej strony wartości polskiej historii. Historią zainteresowałem się tam, nie tutaj. Tutaj byłem oszołomiony Indianami. Tam fascynacja Indianami mi przeszła.

W Polsce na pewno wyrobiłeś sobie jakiś wizerunek Indianina. Brałeś udział w zlotach, znałeś środowisko indianistów. Na pewno jechałeś do Ameryki z jakimś obrazem Indianina. Czy obraz ten okazał się zupełnie chybiony, czy też w jakiś sposób Ruch, do którego należałeś w Polsce, przygotował cię do tego spotkania, do kontaktu z autentycznymi Indianami? Czy musiałeś raczej odrzucić to wszystko, czego się tu dowiedziałeś?

Była to dla mnie totalna rewolucja. Czytając o Indianach w książkach, dostaje się suche informacje i człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie, poza suchą historią i opisem obrzędów, jak wygląda życie na co dzień, jak odbywa się przygotowanie do ceremonii. Przyjazd Indian do Polski w 1990 roku był dla mnie jakby przedsmakiem tego wszystkiego. Zdawałem sobie sprawę, że Indianin to człowiek, taki sam jak my i nie można mu robić jakiś problemów, przykrości, że ja się interesuję Indianami, robię na koralikach, a ty nie umiesz. I to dla mnie był szok. Zdałem sobie sprawę, że to jest człowiek. To nie jest mit, to człowiek, taki sam jak my, jak Rosjanin, Czech. I są rzeczy, których on w życiu nie robi, bo dla niego są albo niezrozumiałe, albo nie dowartościowują go tak, jak nas. Bierzesz jednak od niego inne elementy, uczucia, mądrości, a sam przekazujesz mu swoje uczucia. I to był pierwszy sygnał tego, czego mogę się spodziewać w Stanach. Gdy przyleciałem na kontynent amerykański, zrozumiałem, że ten mit, jaki miałem o Indianach w Polsce, i to, co widziałem na Biegu w Europie, teraz to wszystko runęło. Podchodziłem do Indian w sensie jednej linii, dlaczego oni się nie jednoczą. Po przyjeździe zauważyłem, że każde plemię, każdy naród jest inny. Musiałem wyjechać z Polski, żeby to zrozumieć. To proste, a jednocześnie trudne do zrozumienia, gdy się jest tutaj. Będąc wśród Lakotów, widzę, że są inne problemy niż wśród Blackfeet. Blackfeet mówią o Crow, a Crow mówią o Suu (Siuksach). Stare rzeczy z przeszłości, z historii. Tak samo jak u nas istnieje pewien kompleks naszych kontaktów z Niemcami, Rosjanami, Szwedami czy Czechami. U nich jest tak samo.

Czy Indian nie dziwiło, że ty, biały z Europy interesujesz się właśnie nimi. Czy widzieli, ze jesteś biały, ale taki inny biały.

Ooo. To jest dobre stwierdzenie. Do mnie mają inne podejście, jako do białego z Europy. Jest większe otwarcie z ich strony, niż wobec białych ze Stanów.

Potrafisz wyjaśnić, dlaczego tak jest?

Wydaje mi się, że po pierwsze, nie czują oni takiego urazu do Europejczyków jak do Amerykanów za to wszystko, co im uczynili. Po drugie, mam swój ojczysty język, co w przypadku Czarnych Stóp, Pikuni, jest bardzo ważne. Represje w latach 30. 40. aż do 60. za język były ogromne. Obecnie żyje niewielu ludzi, którzy operują tym językiem. Język jest mocno zakorzeniony po stronie kanadyjskiej. Doceniają we mnie to, że pomimo okupacji, zaborów - nie utrąciliśmy narodowości, nasz język przetrwał, co w ich przypadku miało zupełnie inny przebieg. Wystarczyło zaledwie 30 lat, aby go zagubić. Posługuję się językiem polskim, swoim tubylczym, oraz angielskim do komunikacji z nimi. To w sumie śmieszne, co i tragiczne, że nauczyciele w szkołach blackfeeckich, uczący języka, pochodzą z Kanady. Wyjątkiem jest college, gdzie jest nauczyciel z Browning. W przedszkolach i szkole podstawowej nauczyciele są z Kanady.

Czy dzieci i młodzież nie uczą się języka Blackfeet?

Nie jest to obowiązkowe, ale są takie projekty. Powstało np. przedszkole, w którym mówi się wyłącznie w języku Blackfeet. Idź umyć ręce, zjedz banana - to jest pierwsza szkoła. Obowiązkowy język Blackfeet jest na uczelni. Bez względu na to, czy jest się białym, czarnym, Indianinem z Kanady, czy innego stanu trzeba uczyć się tego języka. To samo zauważyłem u Flatheadów - Kutenai, Salish.

Jak to się stało, że mogłeś brać udział w indiańskich obrzędach? Czy chętnie cię widziano jako uczestnika?

W 1992 roku, będąc w Montanie przez trzy dni, zostałem zaproszony przez Dave'a, syna Jackie Parsons - kustosza Muzeum w Browning, u której początkowo mieszkał Jacek - na szałas potu. Miałem wtedy okazję poznać szamankę, Muffet, która prowadzi sweaty i od tego wszystko się zaczęło. Potem poznałem Bustera Yellow Kidney podczas mojego pierwszego Tańca Słońca, na który zaprosił mnie Sky Hawk. Pomagałem mu w stawianiu altany i w ogóle dbałem o organizację. Potem Sky Hawk wyjechał, a ja zostałem i wreszcie zwrócili na mnie uwagę. Później poznałem kolejnego medicine mena, Bena Bull's Ribbs, za pośrednictwem rodziny Running Crane, w której mieszkam. To jakby szaman rodzinny. Aby wypracować sobie dobre układy, musiałem pracować sam nad sobą, przede wszystkim odsunąć alkohol, zdobyć zaufanie, że nie przyjdę na ceremonię pijany, albo na narkotykach. Trwało to przez jakiś czas.
Będąc w szałasie potu z Blackfeet, bo uczestniczyłem w wielu szałasach, m.in. pod kołem biegunowym, u Suu i w Arizonie, w Minnesocie u Odżibwejów, stwierdziłem, że to jest wielka, ale to wielka odpowiedzialność i lata praktyki, aby zorganizować szałas. Jest to dla mnie wielki zaszczyt, że kiedy ma się odbyć ceremonia szałasu, dostaję telefon, że mam przyjechać. Szamani pozwalają mi rozgrzewać kamienie, przeprowadzać ceremonię z kamieniami. Aby samodzielnie przeprowadzić ceremonię należy zacząć od podstaw, od kamieni. Nauka może czasami zająć pięć lat, a opowiadał mi jeden Crow, że przez 16 lat grzał kamienie i podawał do szałasu, i był z nimi w środku, zanim postawił swój szałas.

Dlaczego Indianie przykładają do tego tak wielką wagę?

Powiem tak, latem 1993 roku, kiedy był szałas u Muffet, trzecią i czwartą rundę prowadził jeden mój znajomy i śpiewając pieśń do jednego z duchów opiekuńczych, White Thunder, Białego Grzmota, zaśpiewał jedną zwrotkę za dużo i dostał skurczy. Rundę trzeba było przerwać, a jego wynieść z szałasu. To była pomyłka, a trzeba być tak skupionym, aby ceremonię odprawić należycie. Trzeba wiedzieć, co się robi. Porusza się bowiem siły natury, moce i trzeba wiedzieć, w jakim celu się to robi: dla uzdrowienia ludzi, dla samopoczucia czy w innym jeszcze celu. Z tym wiąże się odpowiedzialność, bo jeśli ty coś zchrzanisz, coś źle zaśpiewasz, czy źle odprawisz - to na ciebie nieszczęście nie przyjdzie. W pierwszej linii idzie to na ludzi, którzy są najbliżej ciebie.

Jakie znaczenie ma dziś szałas dla Indian? Czy my w Polsce, prowadząc szałasy, nie dokonujemy jakichś nadużyć? Czy my możemy to robić?

Jest to sprawa dość śliska. Nie chcę oceniać innych ludzi, wiem tylko tyle, że sam nie jestem gotów do przeprowadzenia ceremonii szałasu. Nie jestem jeszcze odpowiedzialny. Co prawda, w Polsce miałem inne zapatrywanie na szereg ceremonii, na fajkę, na tańce. Jednak pobyt wśród Indian, widzenie magii, wywołało we mnie wiele zmian. Właśnie poczucie obowiązku wobec fajki, kiedy się dzieją różne rzeczy, jeśli się źle nią opiekujesz. To samo dzieje się z szałasem. Są to sprawy, które wywołały we mnie pewną bojaźń i uwierzyłem w fajkę, w szałas potu, gdzie naprawdę dzieją się różne rzeczy, w sensie uzdrowienia z różnych chorób, pomocy i w ogóle. Taniec Słońca, fajka, odbyte szałasy wywołały we mnie poczucie obowiązku, że trzeba się nauczyć, co do czego służy, jak korzystać z szałwii, czy słodkiej trawy. Poszerzyłem swoje wiadomości i wierzę w to, bo widzę wiarę tych ludzi, którym wiarę przekazywano ustnie przez wieki i to jest ta historia, z jaką mamy do czynienia w książkach w Polsce. Będąc jednak na miejscu, widzi się to jako życie codzienne. Dużo się nad tym zastanawiałem i rozmawiałem z tancerzami Tańca Słońca, którzy odpowiadali mi na pytania, jakie teraz ty mi zadajesz. Zadawanie pytań nie jest złą rzeczą, jak powiedział mi szaman Ben Bull's Ribbs. Jeśli nie zadasz pytania, nigdy prawdy nie usłyszysz. Aby się doskonalić trzeba pytać.
Nie podchodzę do szałasu jak do sauny, ale już w sensie bardziej duchowym, gdzie się modlisz, gdzie sprawa jest poważna. Z drugiej strony, podczas sweatu są niesamowite chwile radości, śmiechu i żartowania, kawały niesamowite. "O, już ci się tłuszcz rozlewa po całym sweacie", albo "za dużo fry breadu [rodzaj placka] jadłeś", coś w tym stylu. Kiedyś w szałasie był z nami pies razem z szamanem. Wchodzą dzieci, które ciągną zabawki, typu samochód - żelaźniak, raz dzieciak z wózkiem chciał wjechać. I to są sprawy, jakich nie widziałem w Polsce. Kamienie rozgrzewa się, na przykład, w beczce, która stoi na dwóch felgach. Zapytałem, po co w beczce? Ponieważ jest mniejsze zużycie ognia. Kamienie się nagrzewają od blachy. Sweaty wykładane są czasem starymi dywanami, w środku czujesz się jak w San Francisco, dywan pod tyłkiem, cieplutko, nie jest brudna dupa. Lub sweaty zimowe, które odbywają się w starych szopach. Na przykład, u Muffet szałasy od października do maja odbywają się w budynku. W "kozie" rozgrzewa się kamienie, jest podłoga, stoją kanapy, gdy odpoczywasz między trzecią a czwartą rundą - siedzisz na kanapie. Jest mała przebieralnia, zasłonięta kocem. Ja nie mówię, że trzeba postawić taką stodołę na zimę w Polsce. Chodzi o zaufanie do człowieka, który odprawia tę ceremonię i wie, co robi. Nie chcę z siebie robić autorytetu, mówić że wiem o Indianach wszystko, od A do Z. Pomyślałem jednak, że skoro mam okazję być wśród Blackfeet, to chciałbym poznać jedno a dobrze. Nie neguję tego, co się robi w Polsce. Tu jest inny wymiar, zależy kto i jak podchodzi do sprawy indiańskiej: czy to jest hobby, zabawa, czy zajmowanie się polityką indiańską, muzyką, rękodziełem czy wreszcie sprawami duchowymi. Zależy, jak kto odbiera.

Na tegorocznym zlocie byłem świadkiem pewnego obrzędu, mianowicie wypalenia fajki, która miała pogodzić dwie zwaśnione strony. Trwało to z godzinę, pełna pompa, dokoła mnóstwo ludzi, stoją i przyglądają się, jak "starszyzna" pali. Cóż z tego, skoro kilka godzin później ci sami ludzie znów skakali sobie do gardeł. Według mnie idea fajki została kompletnie zeszmacona, pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia.

Z tego, co widziałem wśród Indian, biorąc fajkę do ręki i paląc - bierzesz na siebie obowiązek, jesteś zobligowany do wypełnienia modlitwy, którą słyszałeś przed rozpoczęciem ceremonii. Nie spotkałem się nigdy, żeby po wypaleniu fajki były jeszcze jakieś problemy. Czujesz tę energię, ten peaceful, który panuje w danym momencie. I tę energię dźwigasz do następnego palenia. Tancerze Słońca, z którymi rozmawiałem, mówili mi, że często w domu mają po trzy fajki. Jedną własną, a dwie dali ludzie do przechowania, bo sami nie czują się dość odpowiedzialni, żeby trzymać fajkę u siebie. Fajka ma zbyt dużą moc. Czarne Stopy powiadają, że jeśli w domu masz fajkę, zapomnij o trzymaniu alkoholu w domu, nawet piwa. Co więcej, jeśli przyjdzie do domu, w którym znajduje się fajka, jakiś pijany człowiek - jest on grzecznie wypraszany, bo energia alkoholu ujemnie oddziałowuje na fajkę.
Ponadto nigdy nie słyszałem, aby jakiś Indianin sam robił fajkę dla siebie. Fajkę przeważnie się otrzymuje, to wielki zaszczyt i honor dostać fajkę. Czasami też Stwórca daje ci sygnał, że powinieneś mieć fajkę. Jakiś czas temu sam miałem kilka fajek, ale się ich wyzbyłem. Zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie przyjąć tak wielkiej odpowiedzialności, jaką nakłada na ciebie fajka. Szaman, Buster Yellow Kidney otrzymał raz trzy fajki na przechowanie. Wtedy jeszcze pił. I miał pod rząd dwa wypadki. Do końca życia zostanie kaleką, ma poprzetrącane łękotki. Któregoś razu mówił mi, żebym się uczył na jego błędach.

Na ile żywa jest tradycja wśród Czarnych Stóp? Czy zachowali swoje obrzędy, czy też jest to tylko uzupełnienie codziennego życia, opartego na stylu amerykańskim?

Jeden z druzgoczących mitów, jakie runęły po przyjeździe do Ameryki, mianowicie mit o pięknych piórach i wojownikach - już dawno minął. Pióropusze widać przy ważnych ceremoniach, na pow wow itp. W rezerwacie zauważyłem trzy grupy Indian. Pierwsza to Indianie, którzy przejęli amerykański styl życia, a więc muzyka, Michael Jackson, Dolly Patron, kowboje, bilard, koszykówka i weekend z grillem. Są tacy, którzy idą drogą tradycji w świecie współczesnym. Wiedzą, jak np. Buster, że jego ojciec był wielkim szamanem i przekazał mu całą swoją wiedzę. Kroczy drogą ojca, ale w parze z telewizorem, metalową łyżką, lampą czy samochodem, bo tego się nie da odrzucić. I wreszcie trzecia grupa, to niestety trzeba przyznać, że jak wszędzie, jest to patologia społeczna, czyli alkohol, narkomania, kaziroctwo, prostytucja. Po prostu problemy, które istnieją wszędzie.
Masz więc wybór, którą drogą chcesz pójść: drogą łatwizny i grilla, alkoholu czy też stawiasz sobie wymagania, godzisz się na wyrzeczenia, poświęcasz się rozwojowi swego ducha; bierzesz udział w ceremoniach zamiast gapić się w telewizor i pić piwo. Wybór należy do ciebie.
Uogólniając nieco, można powiedzieć, że następuje odrodzenie tradycji wśród Czarnych Stóp, coraz więcej młodych zaczyna szukać starych wartości. Obrzędy organizowane przez Bustera mają pełną obsadę. Tak samo z Tańcem Słońca na terenie Browning, który odbywa się według wzoru sprzed stu lat: tancerze zrywają się z lin. U Blood po stronie kanadyjskiej tego nie ma, tancerze nie zrywają się. Tak samo u Arapahów, czy Szoszonów, jak słyszałem. Tak więc tradycja powraca.

Czego pragną dzisiaj Czarne Stopy, o czym marzą ci ludzie?

Wielu z nich marzy, aby dyskryminacja się wreszcie skończyła, aby w rezerwacie rozwinął się nie tyle przemysł, co jakaś działalność gospodarcza. I to właściwie mówi samo za siebie, ich pragnienia są bardzo podobne do naszych: praca, utrzymanie, dobrobyt. Chcą posłać dzieci do dobrych szkół, kupić lepszy samochód. Tu niczym się nie różnią od nas. No może tym, że na co dzień są pogodni, otwarci, zachwycają się drobiazgami w życiu, małymi prezentami. I lubią też plotkować.
Młodzież z pokolenia lat siedemdziesiątych marzy o lepszym życiu, o skończeniu uniwersytetu, zdobyciu ciekawej pracy. Chcą studiować filozofię, medycynę, architekturę.

Czy dużo młodych pragnie wyrwać się z rezerwatu?

Tak, żeby zobaczyć świat.

Żeby zobaczyć świat, czy żeby przenieść się do miasta, bo tam życie może łatwiejsze, może lepsze?

Powiem ci, że wielu młodych chciałoby wyjechać, zobaczyć świat i wrócić. Pewien Indianin mówił mi, że kocha świat, uwielbia podróżować, ale do końca życia chciałby żyć w tych górach, bo góry przyciągają. Wie, że to ziemia jego dziadka i zdaje sobie sprawę, że jest, jak jest i chce działać dla rezerwatu. Chce zdobyć wykształcenie i pomagać swoim ludziom.

Wspomniałeś wcześniej o dyskryminacji rasowej. Czy ty sam zetknąłeś się z jej przejawami? Czy nie jest to czasem tak, że Indianie sami to sobie wmawiają, użalają się nad sobą?

Może tak jest u Siuksów, u których co drugie słowo to Wounded Knee, masakra, cierpienie itd. Czarne Stopy martwią się raczej o swój kawałek Gór Skalistych. Władze stanu za bardzo chcą ingerować w nie, chcą budować kurorty, ośrodki wypoczynkowe itp. Indianie woleliby zachować je w stanie nienaruszonym.
A co do dyskryminacji, to czasami pojawiają się problemy w większych miastach, gdy się jedzie na zakupy, na przykład do Great Falls, czy do Heleny, stolicy Montany. Indian traktuje się z lekką pogardą, obsługuje mniej uprzejmie, patrzy się na ręce. Działa to na tej zasadzie, że raz jeden Indianin był pijany, albo coś ukradł, a opinia rozciąga się na wszystkich. Tak jest wszędzie. Zawsze znajdzie się jakiś degenerat. W Chicago czy Detroit mówi się, że każdy Polak chleje na umór. To jest na tej samej zasadzie.

Zostałeś honorowym członkiem plemienia Blackfeet. Jak to osiągnąłeś? Czy każdy biały może nim zostać? Czy trzeba się czymś wykazać?

Pytanie zgoła trudne. Pomysł wyszedł od mojej znajomej, która dała mi do zrozumienia, że jestem wśród nich już ponad rok i mógłbym zrobić jakiś krok, aby taką kartę otrzymać. Mówiła, że Jacek już ją ma. Udaliśmy się więc do wodza Rady Plemiennej, który mnie zna, bo udzielałem się przy różnych ceremoniach, pomagałem w ich organizacji, przygotowując polskie jedzenie, na przykład bigos.
To wyszło tak jakoś samo z siebie, nie żebym to ja do tego dążył. To z ich strony wyszła propozycja. Karta członkowska Blackfeet daje mi pewne drobne prawa korzystania z ich ziemi. Jadąc na przykład do Glacier Park, nie muszę płacić za wstęp, bo żaden Indianin nie płaci. Tak samo z połowem ryb. Mogę łowić za niewielką opłatą. Mam też pozwolenie na odstrzał jelenia i sarny. Mogę więc własnymi rękoma upolować zwierzynę i mieć zapas świeżego mięsa na zimę. Na początku miałem pewne opory, ale pierwszą sarnę ubiłem przy pomocy jednego Indianina. Nie płakałem, nie było mi żal. Indianin, który w tym roku skończył high school, wyjął wątrobę sarny i daje mi kawałek.
- Pierwszy zwierz? - pyta. - Pierwsza sarna?
- Tak - odpowiadam.
- No niestety, musisz pogryźć i zjeść.
I zaczęliśmy razem wydawać okrzyki. On również poczęstował się kawałkiem, choć wątroby bardzo nie lubi i już niejednego zwierza upolował, ale dla podtrzymania ducha łowieckiego, zrobił to razem ze mną. Umazaliśmy się krwią. Później mi się przypomniała scena z filmu "Krzyżacy", kiedy odbywała się uczta i wnoszą barana na drążku. My tak samo znosiliśmy z gór tę sarnę do samochodu.
Dziękuję za rozmowę.

Gdańsk-Osowa, 10 grudnia 1996 roku

Kontakt z Bartoszem Stranzem


Kilka słów o Powwow (2003)|Pytać, aby się doskonalić (1996)|Lato w Browning (1996)|Zima w Browning (1997)|Bliżej Stwórcy (1998)|Wizyta Indian na Pomorzu (2006)




" Lato w Browning " - Bartek Stranz "Źródełko" - tekst ukazał się w : "Tawacin" nr 1[37], wiosna 1997, ss. 20 - 24


Polski sezon w Browning 1996 roku zainicjował przyjazd Witka Jacórzyńskiego i jego żony, Magdy. Odwiedzili mnie pod koniec kwietnia i zostali na dwa tygodnie. Nastawienie Indian do nich było takie same jak do mnie, czyli odnosili się z uczuciem i zaangażowaniem. Podczas tych dwóch tygodni Witek i Magda mieli okazję poznać szamanów, tancerzy Słońca, a także środowisko miejskie, które reprezentuje amerykański styl życia. Byliśmy także z Witkiem na głodówce, by miał okazję porozmawiać sobie z Indianami, którzy pościli, a także dostrzec różnicę pomiędzy Blackfeet a Crow, ponieważ osoba, która prowadziła całą ceremonię pochodziła z Crow Agency.
Tuż po wyjeździe Witka i Magdy, Jacek otrzymał obywatelstwo i wyjechał z Montany. Był to dla mnie niesamowity szok, bo nagle zostałem sam, tzn. nie miałem już z kim rozmawiać po polsku. To niesamowite odczucie, bo jednak czasami w ciągu dnia, trzeba zamienić parę słów w języku, w którym się urodziłem, skończyłem szkołę i nagle ta możliwość nie istnieje. Koniec. Można oczywiście wykręcić numer i porozmawiać przez telefon, ale to nie jest to samo. Widząc Jacka, po raz ostatni na lotnisku w Great Falls, gdzie żegnałem go wraz ze znajomymi, poczułem, że zamknął się w moim życiu pewien etap, że zostałem rzucony na szerokie wody. Będąc sam w rezerwacie, jestem jakby przedstawicielem Polski i wszystko, co zrobię, źle czy dobrze - ludzie będą to tak widzieli, jakby cała Polska była taka.
Po wyjeździe Jacka, zbyt długo na kontakt z Polską jednak nie czekałem, bo po tygodniu przyjechała Anna Podgórska i Joanna Lewicka oraz kolega z Detroit, u którego mieszkałem i pracowałem, Wiesław Grega.
Byłem bardzo uszczęśliwiony, bo po raz kolejny czwórka Polaków (nigdy nie było pięciu) przebywała w rezerwacie. W miarę możliwości starałem się im przekazać swoje odczucia i doświadczenia z pobytu w rezerwacie, a także pokazać sam rezerwat, jego niesamowite zakątki, gdzie aż "cuchnie historią i moczem". Na przykład Heart Butte, gdzie od setek lat Indianie przychodzą przed rozpoczęciem Tańca Słońca czy szałasu, szukając siły, a także odpowiedzi i zrozumienia od Boga.
Najważniejsze w całej tej wizycie Polaków było to, że mogłem ich zabrać na Taniec Słońca. Pierwszy raz uczestniczyłem na TS w ubiegłem roku. Wtedy byłem sam, a teraz było nas czworo, tworzyliśmy więc jakąś grupę. Ceremonia trwała cztery dni i starałem się wziąć w niej udział, tańcząc za takim małym płotem, który oddziela tancerzy od widzów. Pomagałem też w dziale technicznym, zwoziłem opał itp. W ostatnim dniu, w niedzielę, rozdawaje się prezenty dla tancerzy i gości. Po tym można ocenić zamożność Tańca Słońca. W tym roku trzy sprawy zwróciły mą szczególną uwagę.
Po pierwsze zjawiła się pani z rządowej agencji do spraw Indian z Waszyngtonu, która jeździ po ceremoniach i bada wskaźnik tradycji, tzn. ilu ludzi bierze udział, jak zachowuje się wtedy wioska itd. Jeździ od rezerwatu do rezerwatu i trafiła tez na Taniec Słońca do Browning. Przekazała niebagatelną sumę 3 milionów dolarów szamanowi, Busterowi Yellow Kidney, który był organizatorem Tańca Słońca, na dalszy rozwój ceremonii w Browning. Czek został wypisany prawie dokładnie pod słupem ofiarnym, gdzie zrywają się tancerze. Reakcja ludzi była nie do opisania, jeden ryk i płacz.
Druga sprawa to historia jednego Indianina, Odżibweja z Kanady. Miał sen, że widzi prerie i konstrukcję Tańca Słońca. Nie dawał mu spokoju. Po jakimś czasie stwierdził, że musi znaleźć to miejsce. Spakował plecak i udał się na stopa. Jeżdżąc po Kanadzie i szukając tego terenu, który widział we śnie, dojechał do Calgary, prosto z Yukonu. Tam znowu stanął na stopa i przyjechał do Stanów. Zatrzymał się prosto przed chatą szamana, Bustera Yellow Kidney. Podobno jego dom także widział we śnie. Wysiadł z samochodu i poszedł prosto do tego mieszkania. Zapukał w drzwi, wchodzi, a szaman mówi: wiedziałem, że tu przyjdziesz. To była niesamowita historia.
Trzecia sprawa to pojawienie się szamana z Chin, który również tańczył, jakieś takie dziwne pozycje wyczyniał. W ten sposób pomagał tancerzom w Tańcu i przy zrywaniu się, ponieważ to jest coś innego, gdy się czyta, a co innego, gdy się to widzi. To niesamowite poświęcenie. Tancerze zrywają się do południa, przeważnie w sobotę. Czasami trwa to cały dzień. Tańczą też kobiety i niektóre również się zrywają. O zachodzie słońca, tancerzom, którym nie udało się zerwać, a mają jeszcze siły, przekłuwa się skórę na barkach, wstawia się kołki i przyczepia czaszki bizonie na długim rzemieniu, które oni potem ciągną dookoła. Jest to 13, 17 czaszek, to zależy. Biegnie się jedną rundę, a jeśli się nie zerwie - to drugą, o ile ma siły. Wtedy podkłada mu się koce, gałęzie itp., żeby się zerwał. Tancerz biegnie zgodnie ze wskazówkami zegara. Jeśli i wtedy się nie zerwie, to przy głównej bramie, dwóch wojowników bierze go pod ramię i biegnie razem z nim, a reszta staje na te czaszki i w ten sposób się zrywa. Jest to niesamowity widok. W tym roku zerwało się tak więcej tancerzy niż przed rokiem. Może dlatego, że był ten szaman z Chin, tak sobie myślę. Ostatniego dnia, jeden ze śpiewaków miał urodziny i śpiewano mu pieśń urodzinową "Happy Birthday", a potem "Sto lat" i na końcu po niemiecku, bo był też pewien Niemiec. Z kolei moja znajoma z Kanady zawarła ślub pod słupem Tańca Słońca, błogosławieństwa udzielał szaman, Buster Yellow Kidney, było też nakładanie obrączek. Takich rzeczy nie widuje się na co dzień. Wynikają one z prostoty życia.
Po Tańcu Słońca dziwnie się czułem, ponieważ ciężko mi było dojść do siebie. Mam na myśli psychikę i zrównoważyło się to dopiero w szałasie potu, ponieważ po Tańcu, gdzie na cztery dni duch wychodzi z ciała, następuje powrót ducha na ziemię. Cztery dni odbywa się sweat pod rząd. W czwartek poczułem się lepiej i zaczęło się pow wow. Wtedy właśnie poznałem mego największego przyjaciela. To John Ground, Jan Ziemia. Widziałem go już wcześniej, podczas Tańca Słońca, gdzie użyczał swej ciężarówki do zwożenia pali, witek i materiału na Taniec, ale bliżej go poznałem dopiero na pow wow. Było to 50-lecie pow wow w Browning. Hucznie było. Występy na ulicach, parada, sporo tancerzy, około tysiąca, dużo bębnów. Dopisywała pogoda. Zazwyczaj Browning ma pecha, bo przez ostatnie pięć lat zawsze padał deszcz.
Po pow wow w Browning, miałem okazję pojechać na następne, ale już do rezerwatu Blood w Kanadzie. Tam przypadkowo, jak to w życiu bywa, w czasie przerwy między sesją poranną a popołudniową, kiedy jest czas, żeby coś zjeść, porozmawiać z ludźmi, obejrzeć stoiska, dowiedziałem się od Indian, że na parafi jest polski ksiądz. Nie zastanawiając się długo, pobiegłem w stronę kościoła i zobaczyłem jak wychodzi. Metr pięćdziesiąt osiem w kapeluszu, na wysokim obcasie. Wołam z daleka: "Szczęść Boże!" A on: "Skądżeś się tu wziął?" Po krótkiej rozmowie oszalałem z wrażenia, ponieważ zauważyłem, że nasz ksiądz werbista, rodzony w Polsce, ma jobla na punkcie Indian tak samo jak ja. Od sześciu lat jest w Kanadzie i pięć lat przebywał na misji wśród Yellowknife na dalekiej Północy. Na msze latał samolotem po siedemset kilometrów i udzielał się w życiu społeczeństwa, tzn. razem z ludnością wiejską chodził na polowanie, na ryby, przeżywał mrozy, nie raz wpadł do wody, gdy załamał się lód na jeziorze. Natura hartowała go i kształtowała mu życie. Po pięciu latach został odesłany na placówkę do Blood w prowincji Alberta, do miejscowości Standoff, gdzie znajduje się nasz kościół katolicki. Po czterech godzinach rozmowy zaprzyjaźniłem się z ks. Leszkiem Kwiatkowskim i wiem, że nie jestem pozbawiony polskiej mowy, bo zawsze mogę wziąć samochód i za 45 minut widzieć bratnią duszę, czyli naszego księdza, który ma takie samo podejście do życia jak my, zainteresowani Indianami.
Pewnego razu odwiedziła go grupa Polaków z Calgary i po dwóch dniach zaczęły się nieporozumienia, bo nasi rodacy nie mogli zrozumieć indiańskiego stylu życia. Dopatrywali się dziury w całym, a naszego księdza to mierziło. Tak się rozeszły jego drogi z przedstawicielami naszego narodu. Stwierdził, że woli przekazywać prawdę o Jezusie, o Bogu wśród Indian, którzy są bardziej wrażliwi i przyjmują tę naukę, aniżeli naszej Polonii.
Było to niesamowite lato, bo wiele osób przewinęło się przez Browning.
Następne pow wow miało miejsce w Heart Butte, trzydzieści mil od Browning, gdzie poznałem aktora i tancerza, Steva Reevisa. Tancerza w stroju trudno rozpoznać. Wiedziałem, że Steve jest w Browning, ale nie wiedziałem, który to. Nasze dziewczyny poznały mnie z pewną białą kobietą, Macile, która była na Biegu i miała kurtkę Sacred Run 1996. Spytałem ją, czy zna Steve'a, a ona na to, że to jest ...jej mąż. Poszliśmy razem na plac do tańca (dance arbor), ale sama nie mogła go rozpoznać w tym wigorze piór, koralików i wstążek. W pewnej chwili widzę, że jakiś facet w stroju grass, oczywiście Czarna Stopa, rozmawia z drugą osobą, która mi przypomina kogoś z filmu Geronimo. Macile zaczęła się śmiać i już wiedziałem, że to on. Podszedłem, przywitałem się, krótka wymiana słów. Potem zrobiłem z nim wywiad [zob. "Tawacin" nr 4 z 1996 roku]. Już po pierwszym spotkaniu dostał "Tawacin". Bardzo się zdziwił, że w Polsce istnieje PRPI, wychodzi gazeta i w jakiś sposób kultywujemy tradycje i kulturę indiańską.
Kolejne przeżycie z mego lata w Browning dotyczy Johna Grounda, który jest tancerzem tradycyjnym. Jako młody chłopak był na wojnie w Wietnamie. Pewnego razu zaprosił mnie na 50 rocznicę ślubu swych rodziców. Impreza była niesamowita. Po odnowieniu aktu małżeństwa w kościele odbyła się fiesta w miejscowym domu kultury. Były tańce i swawole, wymiana prezentów. Mama Johna bardzo się ucieszyła z naszyjnika z turkusów, który później zakładała na wszystkie uroczystości, do kościoła itp. Natomiast John Ground senior otrzymał ode mnie butelkę naszej polskiej żurbówki. Od tego czasu nasze kontakty bardzo się zacieśniły, odwiedzaliśmy się nawzajem, chodziłem do nich na przysłowiową kawę. Dowiedziałem się, że John Ground senior brał udział w II wojnie światowej i walczył w Europie; został ranny, a potem w Stanach uhonorowano go "Purple Heart", takim krzyżem walecznych.
Dzień 24 września 1996 roku zapamiętam na zawsze. Cztery dni wcześniej u Bustera Yellow Kidney rozpoczęto przygotowania do przyszłrocznego Tańca Słońca, pierwsze pieśni, pierwsze myśli. Brałem w tym udział przez dwa dni i trzy noce. W niedzielę impreza się kończyła, a w poniedziałek miałem ostateczny termin egzaminu o przyjęcie do college'u w Browning. Zdawałem z matematyki i języka angielskiego i jakoś mi poszło. Zostałem przyjęty. Wychodząc z college'u zastanawiałem się, jak dojechać do domu, bo byłem chory i chciałem jak najszybciej dojechać do domu. Zauważyłem samochód Johna Grounda, który zatrzymał się, otworzył drzwi i zapytał:
- How you doing? Jump in!
Wskoczyłem do furgonetki i pojechaliśmy do domu, do osiedla zwanego Glacier Homes. W Browning są różne osiedla, np. Last Star Homes, Chinatown, New Buildings i inne. Jadąc do domu, powiedział mi, że właściwie nie wie dlaczego jechał tą stroną, koło college'u, nie wie, co go prowadziło. Powiedziałem mu, że może jakieś dobre duchy nas na siebie natchnęły, bo jestem chory i miał mnie zabrać do domu. Wtedy zaprosił mnie do siebie na kawę. Oczywiście nie odmówiłem, bo kawa wśród Blackfeet, jak również innych plemion jest niczym piwo, święty napój. Pojechałem na tę kawę i paląc papierosa stwierdziłem, że muszę wziąć tabletki. John nalegał, abym jeszcze został i porozmawiał. To on zaproponował, aby utworzyć jakieś biuro naszego Ruchu w Browning. Rozwijaliśmy tę myśl, ja nalegam na powrót do domu, a John prosi mnie, żebym najpierw pomógł mu zawieźć fotel bujany do rodziców. To się nazywa lazy doll, z elektrycznym masażem i w ogóle, z przeróżnymi bajerami. Bardzo lubię jego rodziców, szanuję i kocham. Dom znajdował się dwie przecznice od jego domu, ale z fotelem lepiej podjechać. Więc jedziemy. Na miejscu stwierdzamy, że nikogo nie ma w domu, ale John nie dawał za wygraną. Wysiadł z samochodu, za nim jego dzieciak, Josh Ground. Wokół domu nie stały żadne samochody, drzwi od kuchni z tyłu były otwarte, wszedł. Ja nie wchodziłem, a po chwili słyszę wrzask i stukanie w szybę. Nie zastanawiając się długo wpadłem do mieszkania i zobaczyłem Johna Grounda ojca, na ziemi w agonii. Miał atak serca. Nigdy jeszcze nie byłem w takiej sytuacji, ponadto inny język... John zaczął reanimować ojca, bo pracuje w szpitalu. Próbowaliśmy dodzwonić się na pogotowie. Telefon nie działał i stwierdziłem, że do jego domu nie jest daleko, więc pobiegłem i, choć nie mogłem się za bardzo wysłowić, powiedziałem żonie Johna o wszystkim i zadzwoniliśmy na pogotowie. Przyjechało w ostatniej chwili i zabrało ojca Johna do szpitala.
Tego samego wieczoru pojechałem do szpitala, żeby zorientować się w sytuacji, czy nie trzeba pacjenta przewieźć do większego szpitala, np. w Great Falls. Po krótkiej rozmowie z Johnem, stwierdziłem, że dobrze by było odprawić jakąś ceremonię w tej intencji. John dał mi papierosy i kazał iść do szamana, którego znam. Pierwszym, który mi przyszedł na myśl, był oczywiście Buster Yellow Kidney i jego syn, który od kilku miesięcy robi szałas potu, który ma białą powłokę z materiału, co oznacza długie życie. Odprawia szałasy uzdrawiające, łagodzi cierpienia. Odebrałem od Johna papierosy i sweet pine, pojechałem do szamana z misją, czy jest możliwa ceremonia szałasu dla Johna Grounda. Po przywitaniu, kawie i papierosie, wyjawiłem całą sprawę, ale był wieczór i już nie robiliśmy szałasu. Odbył się następnego dnia. Za zdrowie Johna Grounda, a ja byłem przedstawicielem rodziny, bo wszyscy siedzieli w szpitalu w Great Falls. Byłem przedstawicielem rodziny, który przyniósł dary w postaci białego płótna, jagód, łososia, które się spożywa w czasie sweatu oraz tytoń, który jest karmą dla duchów. Szałas ten odbył się i moc uzdrowienia poszła w kierunku Johna. Dziadek żył jeszcze tydzień i w ten sam dzień, w którym odbywał się sweat, we wtorek, John Ground senior zmarł. Później się dowiedziałem, że zmarł za sprawą lekarzy. Miał wyjść w środę rano. Zanim go jednak wypisali, we wtorek wieczorem zrobili ostatni test na wydolność serca. To się nazywa step test, to taka bieżnia, na której bada się pracę serca, przepływ krwi, dotlenienie w czasie wzmożonego wysiłku. John Ground był ranny podczas II wojny światowej i miał kłopoty z chodzeniem. Po kilkunastu sekundach testu dostał kolejny wylew i zmarł. Dowiedziałem się o tym w środę po południu. Trochę głupio to wyszło, bo zatrzymałem na ulicy samochód Rickiego, drugiego syna Johna i pytam, jak się czuje ojciec, bo słyszałem, że wszystko OK, że niedługo wyjdzie. A on z uśmiechem mówi, że ojciec zmarł ostatniej nocy. Był to dla mnie szok. Konsternacja. Nie wiedziałem, co robić. Z tyłu trąbią samochody, bo zatamowałem ruch. Zadałem głupie pytanie. Nie byłem jednak poinformowany. Następnego dnia poszedłem do domu pogrzebowego, gdzie znowu rozmawiałem z Rickim. Powiedział mi, że w sumie nie powinniśmy rozpaczać, bo to jest tylko ciało, a jego duch powrócił do rezerwatu. Bardzo mnie zdziwiło, że dzieci Johna, czterech synów i córka oraz inni członkowie rodziny grali w stick game (patyczki), zgadywanie w której ręce jest ukryta kość. Odbywa się to przy wtórze bębna i grzechotek. Gra trwała do późnych godzin wieczornych. Spytałem, dlaczego grają w tym miejscu, tak blisko trumny? Dostałem odpowiedź, że ich ojciec bardzo lubił stick game i wiele czasu spędził na grze. Trumna oczywiście była przykryta flagą Stanów Zjednoczonych. Do trumny włożono Johnowi jego zegarek, karty, wachlarz z orlich piór i fajkę.
Pogrzeb odbył się w sobotę. Na mszy w kościele wódz mówił o zasługach Johna Grounda dla rezerwatu. Po mszy trumnę odwieziono na cmentarz rodzinny, daleko na prerii, i tam przeżyłem niesamowite uczcuia i wibracje dla całej tej rodziny, przez którą zostałem zaadoptowany. Po krótkiej mowie wodza narodu Blackfeet, Earl Old Person, po odśpiewaniu pieśni z Radą Starszych, przed spuszczeniem trumny do grobu, John Ground powiedział, że w tym dniu, kiedy ojciec dostał zawał, ja byłem przy nim i pomogłem mu szybko zadziałać, dzięki czemu ojciec był z nami jeszcze tydzień. Podziękował za zorganizowanie szałasu potu. Dał mi znać, żebym coś powiedział. Było to dla mnie wielkim wzruszeniem, ponieważ wyznałem tym ludziom - wokół byli sami Indianie i ja, Polak - wyznałem tym ludziom, że moja rodzina jest 20 tysięcy mil stąd, że moi rodzice mieszkają w Polsce, że pochodzę z Europy, a w Stanach nie mam żadnej rodziny, że to oni są moją rodziną. Przy nich się wychowuję, uczę się życia na nowo i stwierdziłem, że nasz język jest fonetycznie bliski językowi Blackfeet i dlatego chciałbym odczytać Johnowi ostatnią modlitwę, jaką my odmawiamy na pogrzebach, czyli Litanię do Wszystkich Świętych. Na koniec odśpiewałem "Dobry Jezu, a nasz Panie..." Śpiewając tę pieśń, John i Rick trzymali mnie pod ramię, bo potok łez, uczuć... wszystko to razem się we mnie zebrało i po prostu załamałem się, ale w sensie pozytywnym, co wyznałem tym ludziom, że są obecnie moją rodziną i wśród nich przebywam. Po odśpiewaniu tej pieśni, widziałem zdziwienie na twarzach zgromadzonych. Synowie Johna Grounda, zaczęli tańczyć ostatni taniec wojownika - Taniec Śmierci. Każdy z nich posiadał broń, John Ground syn, jako że jest weteranem wojennym z Wietnamu, miał rewolwer, a reszta winchestery. Tańcząc, zaczęli krzyczeć i strzelać w powietrze. Była to dla mnie niesamowita ceremonia pogrzebowa. Na koniec, uścisnąłem matkę Johna Grounda, wdowę po zmarłym. Objęła mnie i trwaliśmy w objęciu przez parę minut. Powiedziała mi słowa, które zapadły we mnie głęboko.
- Synu - powiedziała - gdy będziesz w potrzebie, możesz na nas liczyć...
Powiedziała, że dachu nad głową, strawy i gorącej kawy dla mnie nigdy nie zabraknie.
Jest grudzień, próbuję opowiedzieć to, co czułem wtedy latem. Mam nadzieję, że czytelnicy odbiorą właściwie całą sytuację: Polak, sam na prerii, czytający z polskiej książeczki do nabożeństwa. Śpiewając tam, reprezentowałem nas wszystkich, Polski Ruch Przyjaciół Indian. Wrażliwość ta została wypowiedziana, wyśpiewana i zakończona płaczem. Na pewno zdziwiłem okolicznych gości, zwłaszcza wodza, bo gdy skończyłem czytać i śpiewać po polsku, nad grobem zapadła długa chwila milczenia.

Grudzień 1996
Bartosz Stranz


Kilka słów o Powwow (2003)|Pytać, aby się doskonalić (1996)|Lato w Browning (1996)|Zima w Browning (1997)|Bliżej Stwórcy (1998)|Wizyta Indian na Pomorzu (2006)




" Zima w Browning " - Bartek Stranz "Źródełko" - tekst ukazał się w : "Tawacin" nr 2[38], lato 1997, ss. 21-24


Polskę opuściłem w optymistycznym nastroju. Dzięki Bogu, rodzice nie żegnali mnie na lotnisku, ponieważ bym się utopił we własnych łzach i wiem, że w samolocie miałbym nostalgię, rozterkę i nie wiadomo, czy bym jeszcze nie wysiadł i nie został w Polsce. Zostałem odprowadzony przez brata, Derkę, Joannę i okolicznych znajomych.
Ku mojemu zdziwieniu samolot miał spóźnienie sześć godzin, co spowodowało, że nie złapałem samolotu z Nowego Jorku do Detroit. Spędziłem noc w Nowym Jorku. Miałem mieszane uczucia do co obsługi LOT-u, ponieważ targałem wielgachne bagaże i dobrze chociaż, że LOT zapewnił mi spoczynek w hotelu, żebym zaległ, złożył swoje zwłoki, ale jeśli chodzi o pomoc w sensie bagaży, to tandeta, nie chcieli udzielić mi żadnej pomocy. Wreszcie wszedłem na ambicję jakiejś stewardesy i znalazł się człowiek, który mi pomógł przenieć mój dobytek...
Następnego dnia z Nowego Jorku udałem się do Detroit, gdzie spędziłem półtora dnia. Odwiedziłem znajomych oraz rodzinę. Z powodu ceny biletu, jak i warunków zimowych, które były ciężkie w styczniu, stwierdziłem, że zamiast samolotem pojadę pociągiem. I tak się stało. Kupiłem bilet linii Amtrak i kolejny raz ruszyłem pociągiem do Browning. Oczywiście pociąg miał spóźnienie osiem godzin. Zamiast przyjechać we wtorek o siódmej wieczorem, byłem w środę o trzeciej nad ranem. Zostałem odebrany przez moich znajomych z pobliskiego dworca, który przypomina co najmniej Dziki Zachód z początku tego wieku.
Błogosławiłem ten dzień, kiedy wylądowałem w Browning i dziękowałem gospodarzom, u których mieszkam, za cierpliwość w oczekiwaniu na mnie. Pospiesznie zostałem przewieziony do domu i oczywiście rozmowy do rana, rozpakowywanie prezentów, itd. Tego samego dnia po południu, zmęczony podróżą, jak również skołowaciały różnicą czasu, ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem, że zostało urządzone duże party bezalkoholowe. Przyszło sporo ludzi. Jedzenie było przepyszne i co mnie najbardziej zdziwiło i doprowadziło do płaczu, to kiedy zobaczyłem coś a la torty z napisem "Welcome at home, Bartek". To było coś, co dało mi do myślenia i jednocześnie przełamało pewne lody pomiędzy mną a społecznością w tym mieście, ponieważ nie tylko gospodarze mnie wyczekiwali, ale również okoliczni znajomi; nie tylko Indianie, ale też i biali.
Dwa dni zajęło mi zanim się rozpakowałem i odwiedziłem najbliższych znajomych. Po dwóch dniach sielanki i odpoczynku zebrałem się do kupy i zacząłem myśleć o college'u. Wypełniłem wszystkie formularze i 13 stycznia zacząłem chodzić do szkoły. Pierwsze dwa tygodnie były dla mnie tragedią, ponieważ nowe środowisko, nowe otoczenie, bariera językowa... ławki szkolnej nie widziałem od pięciu lat. Ponadto jeszcze wspomnienia z Polski. Myślałem, że eksploduję. Po pierwszych trzech dniach chciałem dać drapaka, pójść na wagary, ale niestety -30 C na dworze, śnieg, zawierucha nie pozwoliły mi zrealizować tej myśli. Trzeba było to jakoś przebrnąć. Muszę powiedzieć, że nauczyciele byli bardzo wyrozumiali wobec mnie, dużo mi pomagali na początku, za co jestem im wdzięczny. W semestrze zimowym obrałem sobie przedmioty: Writing English, Reading English i College Success Skills. To były trzy przedmioty, które ciągnąłem przez dwa i pół miesiąca. Jakoś dałem sobie radę. Wiosenny semestr zaczął się na początku kwietnia. Tym razem obrałem bardziej specjalistyczne przedmioty, ukierunkowane wyłącznie na kulturę Blackfeet. Chcę pokazać swym nauczycielom, jaką drogę i wykształcenie chcę wybrać. Doszedłem do wniosku, że chcę pójść w kierunku Blackfeet Studies. Obejmuje to szereg przedmiotów na temat Blackfeet, jest ich około pietnastu. Obecnie zacząłem Pikuni Humanities - filozofię i spostrzeganie życia wśród Blackfeet. Kolejny przedmiot to Blackfeet Women - gdzie uczą jak wyprawiać skórę, jak zbierać zioła i w ogóle wszystko o kobietach. I na koniec Blackfeet Art Studies, gdzie omawia się wzory i techniki wyrobów. Czwarty przedmiot, który musiałem wziąć to obowiązkowa matma.
W pierwszym tygodniu szkoły udałem się do Bustera Yellow Kidney, co by złożyć mu wizytę po przyjeździe. Obdarowałem go kilkoma prezentami z Polski, poza tym byłem zaproszony na ceremonię fajki, jaka odbywa się co tydzień, w piątek. Poszedłem podziękować, że doleciałem szczęśliwie do Browning, że szczęśliwie przebrnąłem swoją pielgrzymkę w tę i z powrotem. Ceremonia trwała trzy godziny. Wiele opowiadałem, pokazywałem zdjęcia z Polski. Jak zwykle Buster, jego żona i obecni tam Indianie, którym rozdałem drobne prezenty, byli uszczęśliwieni, widząc tanie błyskotki i gadżety, czyli ów poziom wartości prezentów się nie zmienił od stu-dwustu lat, tak jak kiedyś cieszyli się koralikami, tak i teraz.
Podczas ceremonii palenia fajki myślałem wiele na temat rozmów w Polsce, szczególnie o tym, co zaszło na ubiegłorocznym zlocie. Po prostu nie mogłem sobie wyobrazić, jak można z kimś wypalić fajkę, gdzie przepływa pozytywna energia, a potem skakać sobie do gardeł. Modliłem się w tej intencji, nie tylko za siebie, ale za wszystkich, żeby się wszystko u nas w Polsce układało, żeby więcej takich problemów nie było między ludźmi, ponieważ życie jest zbyt krótkie, żeby stwarzać sobie problemy.
Po skończonej ceremonii fajki, oczywiście było jadło, które składało się z pieczeni bizoniej i zupy grochowej, która mi przypominała naszą grochówkę, no i muszę tutaj wspomnieć, że otworzyłem nasze polskie papierosy, tzw. robocze, typu Karo, Extra Mocne i Popularne. Wzbudziły one podziw, zachwycenie, a jednocześnie chłopacy doszli do wniosku, że owe papierosy są odjazdowe w czasie ceremonii szałasu potu, w przerwach między rundami. Dobrze wpływają na tak zwane pobudzenie jaźni, przebudzenie się z oparów.
Pierwszy tydzień zakończyłem ceremonią fajki, która podniosła mnie na duchu. W następnym tygodniu zaliczyłem też ceremonię, która nazywa się Black Tail Deer Dance. Jest to ceremonia, która odbywa się co roku na początku stycznia. Ceremonia jest uzdrawiająca i ma charakter social dance, czyli polega na tańczeniu. Wtedy otwiera się medicine bundles, święte zawiniątka sarny i kojota. Ceremonia trwa bardzo długo, ponieważ uzależniona jest od ilości ludzi. Było około 150 osób i każda musi podejść do prowadzącego. Oczywiście mężczyźni siedzą po prawej stronie, kobiety po lewej. Wszystko jest w kręgu. Ceremonia odbywała się w dużej hali, w której gdy pada deszcz, odbywają się pow wow i zimowe stick game i inne imprezy rezerwatowe. Każda osoba musi więc podejść do prowadzącego, żeby się okopcić, oczyścić szałwią. Potem palenie fajki w kręgu. Kolejny raz podchodzi się, aby prowadzący pomalował nadgarstki. Składa się przy tym dobrowolną ofiarę. Nikt nie pyta, co dasz, wymaga się jednak złożenia jakiegokolwiek podarunku. Widziałem ludzi, którzy dawali papierosa, karton papierosów, kubeł tytoniu, sto dolarów, trzy koce itp. Ja zadysponowałem pięcioma papierosami i $5. To mi się właśnie podoba, że nie pytają się o cennik, tylko patrzą na ciebie jak na człowieka, który prosi o pomoc szamana i ty składasz taką ofiarę, jaką możesz złożyć. Po pomalowaniu odbył się feast, czyli jedzenie. I znowu kolejną godzinę trwało rozdawanie jedzenia, potem odpoczynek i na samym końcu taniec. Był wódz, który śpiewał stare pieśni, jakie otrzymał od swego ojca. Ojciec z kolei otrzymał je bezpośrednio od White Cattle, głównej postaci hołdowanej w Browning, porównywanej z Szalonym Koniem wśród Siuksów, czy wodzem Józefem u Nez Perców. Pieśni były niesamowite i wódz mówił, że powinny być częściej śpiewane, ponieważ coraz mniej ludzi je pamięta i idą w grób. Ceremonia trwała od 9 wieczorem do 5 nad ranem.
Pod koniec stycznia zostałem wyrwany przez Wilka, prosto ze szkoły, ponieważ w Parku Yellowstone bito bizona. Zgodnie z amerykańskim prawem bizony można odstrzeliwać w momencie, gdy przekraczają granice Parku, który leży w Wyoming, ale zahacza też o Montanę. Bizony przechodziły na stronę farmerów, niszczyły zagrody dla krów, żarły pasze, bo była ciężka zima. Trudno było wyskrobać coś na prerii, więc szły między ludzi. Ponadto byki bizonów parzyły się z krowami, które źle to znosiły. Powstawała jakaś choroba, w skutek czego mięso krów nie nadawało się do jedzenia.
Bractwo w Browning dostało sygnał, że zabito 20 sztuk i cały konwój udał się Bozeman na pograniczu Montany i Wyoming. Pięć godzin jazdy w jedną stronę, ponad 300 mil. Był to dla mnie szok, ponieważ pomogłem Wilkowi zapakować cztery udźce bizonie i dwa żebra. Pierwszy raz w życiu widziałem dziesięć bizonów na kupie w śniegu. Od razu poćwiartowanych, nogi, żebra, głowy, skóry. Wyobrażam sobie, co się działo sto lat temu, kiedy było tysiące takich bizonów poukładanych na sterty. Całą akcję prowadziła jedna Indianka z Rocky Boy, Chippewa-Cree, która pilnowała tych odstrzałów, ponieważ jeśli się odstrzeliwuje dzikie bizony (nie dotyczy to bizonów hodowanych na farmach), to Indianie mają pierwszeństwo w zagospodarowaniu mięsa, skór i czaszek. Ale z kolei straż Parku za bardzo nie lubi tego typu akcji, ponieważ gromadzą się inni ludzi z wielkich miast, tzw. big shots, czyli grube ryby, biznesmeni, którzy też chcą położyć na tym łapę. Ta kobieta powiedziała mi, że walka między białymi i Indianami trwa nadal, czego nie widać w telewizji, czy w książkach. Jest to tzw. walka duchowa, spirit war. Walka umysłem, bez łuków i strzał. Opowiadała mi, jakie są zgrzyty ze strażą Parku. Cały problem polega na tym, że Indianin nie może odstrzeliwać bizona. Biały, farmer, właściciel ziemi może odstrzelić bizony wchodzące na jego teren, ale nie może ich posiadać. Kiedy więc był odstrzał, zjawiali się Indianie. Owa Indianka dzwoniła w obszarze Parku Yellowstone do farmerów, pytając, czy są bizony i czy planują je odstrzelić. Jeśli tak, zjawiała się grupa białych, którzy współpracowali z Indianami, coś jakby Greenpeace, obierali bizony na miejscu i zwózka. Były takie akcje, że biały odstrzelił i nie chciał tego mięsa oddać, więc "red power" dawał znaki, krótka konwersacja, kilka fucków i niestety biały musiał to mięso oddać. Bardzo mi się podobało, że dużo białych z Montany stawało po stronie Indian i starało się pomagać, by mięso trafiło do rezerwatów. Nie tylko ludzie z Browning dostali to mięso, czy też skóry, ale również kobieta dzwoniła do innych rezerwatów, do Assiniboinów i Siuksów. Ludzie zjawiali się z Crow Agency, z Flathead, z Rocky Boy, zewsząd. Chodziło o to, żeby mięso się nie marnowało, jak kilka lat temu, kiedy farmerzy odstrzeliwali bizony i zostawiali do pożarcia sępom i wilkom. Akcja się udała i mieliśmy całą furę mięsa na pick-upie (półciężarówka), wyobraź sobie cztery duże nogi i dwa żebra. Czaszek i skór już dla nas zabrakło, bo kilka dni przed nami była brygada Crow (Wron), którzy nie są zbyt lubiani w Montanie. Wyszło ich pazerstwo i chciwość. Owa Indianka, która ludziom udostępniała swe mieszkanie na czas odstrzału bizonów, gdzie można było poćwiartować mięso i przenocować, powiedziała, że opuszcza miasto na kilka godzin, bo musi coś załatwić, i żeby chłopcy Crow wzięli sobie mięso, tyle i tyle sztuk, ale żeby zostawili skóry i czaszki, bo są zamówione przez starszyznę do Flathead i Browning. Więc co Crow zrobili? Nie wzięli mięsa, tylko wszystkie skóry i czachy. Wydaje mi się więc, że pomiędzy Indianami też bull shit jest, nieporozumienie: tak Crow zakończyli sprawę i w sumie tylko kilka skór dotarło do Browning, do starszyzny.
Wieczorem wracaliśmy z Wilkiem do domu, z furą mięsa. Na miejsce dotarliśmy o czwartej nad ranem i ku memu zdziwieniu Wilk podzielił się ze mną zdobyczą. Część przypadła więc do domu, w którym przebywam. Dostał mi się duży udziec i żebra, które ćwiartowaliśmy piłą do cięcia drzewa. Wyobraź sobie, czwarta nad ranem, turkot, grzechot piły, dokoła milion psów, które skowyczały, wyły, bo zwąchały tanią jatkę. Trochę też dostały. Następnego dnia zaczęło się wielkie ćwiartowanie u gospodarzy, u których mieszkam. Zacząłem używać żebra bizonie po obgotowaniu. Są strasznie twarde i zacząłem je wykorzystywać do swoich wyrobów.
Pod koniec lutego pojechałem na tydzień do Billingham w stanie Waszyngton z rodziną Running Crane w odwiedziny do siostry mojej gospodyni, która przebywała w szpitalu po jakiejś operacji. Wszystko dobrze się skończyło i dzięki temu miałem możliwość wyskoczenia do Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie udałem się prosto do Parku Stanleya. Widok totemów zrzucił mnie z nóg, więc złożyłem szczyptę tytoniu za powodzenie w mej sprawie. Po tygodniu pobytu w stanie Waszyngton, gdzie było ciepło, czasem padał deszcz, wróciłem do Browning, gdzie zima na całego, śniegi po pas, mróz... Waszyngton jest przepiękny, dużo drzew, pagórki. Tak samo Vancouver, dużo orłów, i ocean robił swoje, zapach soli przypominał mi Bałtyk.
W marcu pracowałem trochę przy przeprowadzce pewnej rodziny w Fort Benton. Wernic się kłania, Wiesław Wernic i jego "Szeryf z Fort Benton". Miejsce jest niesamowite, owinięte tajemnicą. Miasto położone w dolinie nad Missouri. Moja noga stanęła w miejscu, gdzie kiedyś stał fort i poczułem pozytywne wibracje. Rodzina bardzo miło nas (pracowałem z Wilkiem) przyjęła i zapoznałem Johna, chłopaka dwa lata ode mnie starszego, który powiedział, że grzebał trochę w ziemi i znalazł stare koraliki. Zadziałało to na mnie jak płachta na byka. Otrzymałem od niego drobny wisior z starymi koralikami, kiedy sto lat temu stały tam setki tipi i było to główne miejsce wymiany. Chłopak trochę mi opowiedział o terenie, na którym mieszka, ponieważ pracuje dla pewnej firmy, organizującej spływ kanu wzdłuż Missouri. Znajduje się tam pewien odcinek, przez który przepływali Clark i Lewis. Dziś jest to park przyrody, nienaruszony łapą białego człowieka. W dolinach można znaleźć sporo różnych przedmiotów, kości dinozaurów, groty strzał łupane w kamieniu. Mam kilka od niego dostać.

2 kwietnia 1997
Bartosz Stranz - Źródełko


Kilka słów o Powwow (2003)|Pytać, aby się doskonalić (1996)|Lato w Browning (1996)|Zima w Browning (1997)|Bliżej Stwórcy (1998)|Wizyta Indian na Pomorzu (2006)




"Bliżej Stwórcy" - Bartek Stranz "Źródełko" - tekst ukazał się w : "Tawacin" nr 2[42], lato 1998, ss. 34-37 oraz "Tawacin" nr 3[43], jesień 1998, ss. 16-21


Pikuni Humanities Class zakończyłem opowiadaniem na temat swojego kraju. Prelekcja, która miała trwać 7-8 minut, w rzeczywistości zajęła prawie godzinę, ponieważ po raz kolejny wyznałem swoje uczucia i więź z plemieniem Czarnych Stóp. Niektóre koleżanki doprowadziłem do płaczu, właściwie już starsze kobiety, bo przedział wiekowy w klasach college'u jest różny. Może być student 19-letni i siedzi z partnerem, który ma 58 lat. Łza mi się zakręciła, gdy opowiadałem o swoich wrażeniach jako obserwator życia w rezerwacie. Opowiadałem im, że moja społeczność, którą zostawiłem w Polsce, mój kraj, tradycja jest dosyć podobna do kultury Czarnych Stóp.
Dałem przykład górali. Chodzi mi o wyszywanie wełną motywów kwiatowych. Później przeszedłem na historię, zabory, okupacja. Moja prelekcja była więc długa. Wydaje mi się, że wypadłem dobrze, opowiadając o Ruchu, o bliskich mi uczuciach. Powiedziałem im również o ciężkich chwilach, jakie przeżywam w rezerwacie, że jestem oddalony od swego języka, od swej rodziny, od mamy, taty, od brata, a jednak jestem tutaj, jestem wśród nich, wśród tej tradycji i coś mnie z nimi wiąże. Czarne Stopy wierzą w reinkarnację, więc zasugerowałem, że będąc na Biegu w 1992 roku miałem okazję zostać w kilku miejscach, w różnych rezerwatach po stronie kanadyjskiej czy w Stanach. Oprócz Browning miałem możliwość zostania w Pine Ridge i powiedziałem, że po prostu musi być coś z moją osobowością, z moim duchem, że jestem właśnie w Browning, a nie w Pine Ridge, czy na Alasce. Podsunąłem im myśl, że kilkadziesiąt lat temu mogłem być jednym z handlarzy, związanym małżeństwem z kobietą Czarnych Stóp, więc musi w tym coś być. Dodałem, że swoje korzenie, to, że jestem Polakiem doceniłem, zauważyłem i poznałem, będąc w Browning, wśród obcej nacji, innej kultury, wśród Czarnych Stóp. Doceniłem to, że wywodzę się z ziemi Piasta, znad morza, gdzie dominuje dorsz i mewa. Będąc w Polsce, interesując się Indianami, nie zwracałem na to większej uwagi. Wmawiałem sobie, że jestem Indianinem, starałem się wcielić różne tradycje, z których nic nie wynikało i które do niczego nie doprowadziły. W Browning mówiłem więc o swoich korzeniach, o czasach słowiańskich, o Powstaniu Warszawskim, o żołnierzach znad Bzury, o zadymach z komuną, wreszcie o Papieżu... Po prostu swoje odczucia, jak to widzę, będąc w rezerwacie i jak się do tego odnoszę, jak mnie czasami tęsknota zżera, że jestem z dala od wydarzeń, które dzieją się w Polsce, a jednak jest coś, druga rodzina, jakaś taka niewinność, która mnie trzyma pośród tego narodu.
Kiedy skończyłem, Beverly Hungry Wolf, która mnie oceniała, pochwaliła całą wypowiedź. Stwierdziła, że jestem odważny, będąc sam w college'u., że jestem przykładem dla nich, jak ważna jest tradycja ich narodu. Jestem przykładem, że obcy ludzie przyjeżdżają poznawać, jaką oni mają bogatą tradycję. Podała też przykład swego męża, Adolfa Hungry Wolfa, Niemca, który wśród Czarnych Stóp spędził wiele lat. Dodało mi to skrzydeł. Ludzie zaczęli klaskać. Potem podchodzili do mnie i ściskali ręce. Z kolei w klasie Blackfeet Women opowiadałem o moim widzeniu kobiety Czarnych Stóp, opierając się na notatkach z wypowiedzi Beverly i Molly Kicking Woman. Przedstawiłem zarys organizacji życia kobiety sprzed dwustu lat. Porównałem ówczesne obowiązki kobiety z dzisiejszymi. Oczywiście nie nadmieniłem, że dzisiejsze Indianki nie potrafią robić na koralikach, że mają czwórkę dzieci, ciągną dwa wózki, a męża brak. Tego jednak nie powiedziałem, nie chcąc urazić kobiet, które były ze mną w klasie. Przypomnę, że byłem tam jedynym facetem. Podałem za to swoją wizję kobiety Czarnych Stóp i panie oczywiście się uśmiały. Mowa była o robieniu tradycyjnego jedzenia, fry bread, dry meat etc. Przypomniałem też jeden z aspektów, które bardzo mi się podobały. Nie tak dawno, jakieś 50 lat temu, rząd amerykański zabronił indiańskim mężczyznom żenić się z wieloma kobietami. Oczywiście dla rządu żenił się z jedną, a mieszkał z pięcioma i mówił, że po prostu przygarnął siostry swojej żony, albo że są to kuzynki. Powiedziałem, że ta idea bardzo mi się podoba i chciałbym ją wcielić w dzisiejsze życie. Kobiety się uśmiały. Na zakończenie prelekcji pokazałem koralikowe wyroby, które sam wykonałem albo przywiozłem z Polski, m.in. od Leona i Jasia ze Sztumu, od Cypriana i od Psiaka i jego żony. Pokazałem to wszystko swojej nauczycielce i studentkom, tak że był pisk, zachwyt i sapanie. Musiałem szybko zwijać sprzęt z ławki, bo byłby pozysk. Indianki są niesamowitymi sępiarami i jeśli coś im się spodoba, będą chodzić za tobą, aż wyłudzą. Musiałem więc szybko się zwijać, żeby czegoś nie stracić.
Pod koniec szkoły, na początku czerwca, było pow wow, organizowane przez College. Poprzedzała je czterodniowa głodówka, związana z Tańcem Słońca, który miał się odbyć pod koniec czerwca. Jego organizatorem był syn Bustera, Murrow Yellow Kidney. Tu zaczyna się cała historia, dlaczego tę opowieść nazwałem "Bliżej Stwórcy". Tak się złożyło, że przez trzy dni nie mogłem dotrzeć na głodówkę i dojechałem w ostatni dzień. Osoby, które brały udział w tej ceremonii, głodują wszystkie razem w szałasie potu (sweat) albo idą gdzieś w teren. Są to mężczyźni i kobiety. Byłem przygotowany na tę głodówkę, ale jakoś nie udało mi się dotrzeć, widocznie Stworzyciel, Apestetuki, tak zarządził. Zjawiłem się w ostatni dzień. Buster mnie zobaczył, oczywiście uśmiech na twarzy. Nazywają mnie tam Golden Many Hides (Dużo Złotych Skór). Przeszedłem całą sesję czterech rund. Miałem ze sobą niebieski materiał, który podarowałem Busterowi w ofierze dla duchów i przedstawiłem swoją prośbę, że chciałbym za rok tańczyć Taniec Słońca, ponieważ mam różne swoje problemy. Dodatkowym bodźcem do zrobienia tego była pewna starsza kobieta, którą nazywam ciocią, Margaret Running Crane. To ona podpowiedziała mi, że jeśli masz problemy ze sobą, ciągnące się z przeszłości, to focus yourself, just go and dance, face the Creator, czyli odsłoń się, idź i tańcz, wystaw się na Stwórcę. Zaniosłem więc do szałasu niebieski materiał, Buster przyjął go i spytał, czy mam w poniedziałek czas, bo chciałby o tym porozmawiać. W poniedziałek zjawiłem się u Bustera w domu. Poszliśmy do jego pokoju, w którym trzyma wszystkie święte rzeczy, medicine bundles etc. Tam wypłakałem mu się, bo przyszła taka chwila, kiedy powinienem postanowić, co ze sobą zrobić, czy zostać wśród Czarnych Stóp, czy wracać do Polski. Mówię mu, że chciałbym za rok tańczyć, a on mi mówi: "You're ready this year", co mnie zbiło z tropu. O mało nie spadłem z krzesła. Dał mi do zrozumienia, że jestem już cztery lata w rezerwacie, pomagam mu przy ceremoniach i jestem gotów tańczyć już w tym roku. Zadowoliło mnie to, a jednocześnie zmartwiło, ponieważ miałem mieszane uczucia w związku z tym. Jest to poważna ceremonia, w której duch wzlatuje, wychodzi z ciebie na cztery dni i dzieją się różne rzeczy. Zbiło mnie to z tropu, bo było to jak wrzątek wylany na twarz. Chcesz się przygotować na przyszły rok, a tu ktoś mówi ci, że masz siłę, że jesteś gotów już w tym roku. Podziałało to na mnie niesamowicie. Buster poradził mi, że wkrótce się zbliża Taniec Słońca jego syna i mógłbym dwa dni głodować. Następne dwa dni przed moim Tańcem, tak aby razem były cztery dni.
Na tydzień przed Tańcem był sweat, który prowadził Buster i jego syn, w intencji powodzenia Tańca Słońca. Było sporo ludzi, starszyzna i tancerze. Wokół mnie działy się różne rzeczy. Zauważyłem, że wiele rzeczy, o których mi mówił Buster, zaczęło się sprawdzać, między innymi to, że jeśli chcesz kroczyć drogą prawdy, zrozumienia, pokoju i być dobrym dla ludzi, tym więcej problemów będzie się pojawiało wokół ciebie. I tak się rzeczywiście stało. Miał na myśli złe duchy, które usiłują powstrzymać twoje dobre kroki i pchnąć cię w tył.
Po prawie godzinnej rozmowie z Busterem, będącą dla mnie taką spowiedzią życia, w czasie której wylałem sporo łez za siebie, za to, co się działo w Polsce, co robiłem i co widziałem w czasie ostatniego pobytu zimą. Oczywiście kamienna twarz Bustera, a na koniec uścisnął mnie i poklepał. Zbliżał się sweat i powiedział, żebym przyniósł swoją fajkę, że jest pora, abym zaczął palić fajkę. Powiedziałem mu, że chciałem ją wydać w Polsce, ale osoba, której chciałem ją podarować, odmówiła. Fajka wróciła do mnie. Niestety, nie wiedziałem, co z nią zrobić. Dziadek powiedział mi, żebym przyniósł ja do sweatu, gdzie zostanie wskrzeszona do działania, czyli będzie poświęcona, tzw. blessing. Przed ceremonią dokładnie wyczyściłem fajkę, w szałasie zbiera się cała śmietanka, nadchodzi moment, kiedy wszyscy ładują faje. Buster, jego syn, tancerze, goście z Kanady, było chyba siedem męskich fajek i tyle samo kobiecych. Wszyscy ładują fajki, ja również załadowałem trzęsącymi rękami z wrażenia. Przychodzi moment odpalenia - moja fajka nie pali się... nie mogłem odpalić... Myślałem, że się spalę ze wstydu, zakopię się, wejdę w dziurę, gdzie były kamienie. Oczywiście odmówiono nade mną specjalną modlitwę, aby mi się nic złego nie stało. Leon Rattler, mój nauczyciel i przyjaciel, uspokajał mnie, bo drżałem i stopniowo podczas rund wszystko schodziło w dół. Po zakończeniu sweatu poszedłem do Bustera i spytałem, o co chodzi.
- Pamiętasz, co ci mówiłem? - odparł. - Wszystkie twoje zamiary, wszystko to, co chcesz zmienić w danej chwili przez światłą drogę, przez drogę, która pokazuje dobre cechy, która się rozwija, jest zalążek - będzie wokół ciebie tzw. obalanie przez złą energię.
Powiedział, abym się tym nie przeraził, bo to się bardzo często zdarza, nawet wśród znacznych szamanów, nawet oni są hamowani przez złe duchy. Za bardzo się więc tym nie przejmowałem, zapomniałem o tym.
Nadszedł Taniec Słońca. Udzielałem się przy jego organizacji, stawianiu obozu i ścinaniu drzewa na słup, tzw. central pool. Znowu przyszła chwila mojej próby. Dzień przed Tańcem miałem koszmarny sen. Pierwszy raz w życiu śniły mi się szczury. Byłem w Browning, w mieście i zewsząd otaczały mnie szczury. Usiłowały mnie zaatakować i pogryźć. W tym śnie starałem się uciekać, próbowałem je odpędzić, zabić je.
Nazajutrz, kiedy szło się do lasu po drzewo, złożyłem ofiarę z tytoniu i zaniosłem swój sen do Murrow Yellow Kidney, który był organizatorem tego Tańca. Wspomniałem mu, że jego ojciec powiedział mi, że mam tańczyć Taniec Słońca pod koniec lipca, obawiam się tego jednak, bo wiesz, co się stało w sweacie, fajka mi nie odpaliła, teraz ten sen ze szczurami. Pytam, co mam robić, co się dzieje wokół mnie. Dał mi do zrozumienia, że nadchodzi czas zmian w moim życiu, kiedy muszę kontynuować to, co zacząłem, czyli oczyszczać się codziennie, uwierzyć w moc i znaczenie fajki, mimo że pierwsze jej odpalenie w szałasie było niefortunne. Dodał, że skoro jego ojciec powiedział, że jestem gotów do Tańca, to tak jest i wcale nie powinienem się przejmować niepowodzeniami i mieć uszy i oczy szeroko otwarte.
Kiedy zaczął się Taniec, spotkałem na nim wielu znajomych, których nie widziałem od roku. Bardzo się ucieszyłem. Na drugi dzień, zanim nadszedł moment przekłuwania, czyli piercing, wśród mężczyzn, po stronie mężczyzn, puszczono w ruch fajkę. Kiedy się wchodzi do Sun Dance lodge pośrodku znajduje się oczywiście pal, po prawej stronie są kobiety, kapela, która gra, a po lewej mężczyźni. Podano mi fajkę i znowu jakiś pech, zła energia. Dostaję fajkę do ręki: w lewej ręce zostaje mi cybuch, a lulka w prawej. Mówię, co się dzieje? Kiedy skończyła się pieśń, oczywiście Buster mnie woła. Wstaję, ludzie się na mnie patrzą, jestem prawie jedynym białym osobnikiem na arenie. Palę się ze wstydu, chcę wkopać się byle gdzie, zaczynam płakać. Mówię, że nie wiem, co się ze mną dzieje, co się dzieje wokół mnie. Fajka rozchodzi mi się w rękach, tydzień temu nie odpalona. Tu jakieś szczury mi się śnią... I kolejny raz była modlitwa nade mną. Ustawiono mnie na przeciw pala, położono na mnie ręce i zaczęto się modlić. Później rozmawiałem z Busterem, który powiedział mi, że odmówiono modlitwę nade mną po to, żeby nic złego mi się nie stało, żeby jakieś dziwne istoty, duchy czy grzmoty, mnie nie zabiły, żebym jakiegoś dziwnego zawału serca nie dostał. Mówię mu, Buster, wytłumacz mi, co się wokół mnie dzieje. I kolejny raz powtórzył. że wkrótce mam tańczyć Taniec Słońca, że się przygotowuję i mimo że przebywa się w Sun Dance lodge, wokół danej osoby, która zmienia swój styl życia, krążą złe duchy, próbują ją zatrzymać. Nawet przy paleniu fajki. Mówi, nie przejmuj się tym, będzie wszystko dobrze.
Przez cały czas Tańca Słońca pali się ognisko. Ogień symbolizuje światło i rozbija ciemności. Światło odgania złe moce i oświetla duszę tancerza. Po całej tej historii z fajką, wieczorem podszedł do mnie jeden z wnuków Bustera i zapytał, czy nie chciałbym w nocy pilnować ognia. Zgodziłem się na to, bo stwierdziłem, że czas na retrospekcję, na przemyślenie, bycie sam ze sobą, pomodlenie się i przeanalizowanie pewnych spraw. Byłem bardzo zaszczycony tym, że mimo sytuacji, które się wokół mnie działy, powierzono mi zaszczytną funkcję pilnowania ognia. Był to rzeczywiście niesamowity dla mnie czas, bo wiele rzeczy przemyślałem, podbudowałem się psychicznie i fizycznie.
Zacząłem się przygotowywać do mojego Tańca Słońca, który odbył się 24 lipca 1997 roku. Odbyłem dwa dni głodówki. Byłem sam na sam w szałasie u Bustera, kawałek od jego domu w prerii stoi konstrukcja. Zanim wszedłem do szałasu, kolejny raz rozmawiałem z Busterem; powiedziałem, że jestem zdecydowany na głodówkę, że chcę przemyśleć, czy mam tańczyć czy nie i chciałbym go prosić o wskazówki, jak używać fajkę. Powiedział mi, co mam zrobić. Oczywiście wziąłem to sobie do serca. Dwa dni minęły spędzone w ciszy i upale. Moimi jedynymi przyjaciółmi, którzy mnie odwiedzali podczas głodówki, był piesek preriowy i konie, które ocierały się o szałas, odganiając muchy. Miałem wiele czasu do przemyślenia. Przewijały mi się przez myśli rzeczy z przeszłości, rzeczy teraźniejsze oraz przyszły Taniec Słońca, wszystko to, co się z nim wiąże, jaka to odpowiedzialność. Modliłem się i skupiałem nad tą ceremonią. Bałem się niesamowicie. Modliłem się między innymi za tych, co piją i mają problemy alkoholowe, nie tylko wśród Czarnych Stóp i wśród rodziny, przy której mieszkam, ale i za tych w Polsce, między innymi naszych znajomych, którzy używają pewnych elementów z tradycji indiańskiej, na przykład fajek, i piją, nie wiedząc, jakie są tego konsekwencje.
Po wyjściu z głodówki wróciłem do Bustera i odbyła się specjalna modlitwa, specjalne oczyszczenie wody. Odbierała mnie znajoma, której siostrzeniec rozbił się w wypadku samochodowym. Znam go dobrze - oczywiście był trochę podchmielony i w ciężkim stanie odwieziono go do szpitala. Chciała przyjechać do mnie wcześniej i powiedzieć, żebym się mocniej modlił, aby on przeżył, ale zadzwoniła do Bustera i on ją pohamował. Powiedziała mi to po wyjściu z głodówki, kiedy byłem u Bustera. I znowu wrzątek na twarz. Dałem do zrozumienia Busterowi, że jest po prostu czas na mnie, żebym tańczył Taniec Słońca. To jest jeden z powodów, dla których wchodzę do Sun Dance lodge. Powiedziałem mu, że sam miałem problemy z alkoholem i przyszedł czas, żeby po prostu prosić Stwórcę o pomoc nie tylko dla mnie, ale i dla tego siostrzeńca mojej znajomej oraz dla tych, których zostawiłem w Polsce, mających problemy z alkoholem. To mnie zmobilizowało i Buster tylko kiwnął głową, że mam motywację, żeby być tancerzem Słońca, żeby zanieść swoje prośby i zrobić poświęcenie nie tylko za to, o co ja proszę i się modlę, ale jednocześnie mieć na myśli owego młodego człowieka, który jest moim rówieśnikiem. Na dodatek spodziewał się dziecka, ma żonę z Francji. Po przejściach z jego wypadkiem, plus moje wewnętrzne sprawy duchowe, doszedłem do wniosku, że będę tańczył Taniec Słońca.

Bartosz Stranz
"Tawacin" nr 2[42], lato 1998, ss. 34-37.

Bliżej Stwórcy (cz. 2)


Przyjechałem w pierwszy dzień rozkładania obozowiska, w którym zastałem już Sky Hawka i znajomych z Chicago. Obóz położony był u podnóża Heart Butte w Montanie. Jak zwykle współczesny Taniec Słońca zaczyna się od robienia tak zwanych shit holes, czyli kopania dziur i stawiania toalet. Jest przy tym wiele zabawy i śmiechu, bo każdy ma inną koncepcję kopania dołu. Różne są wielkości dziury. Nie jest to znowu takie proste zadanie postawić latrynę, ponieważ trzeba stawiać tak, aby nie zwiał tego wiatr. Była środa. Postawiliśmy te latryny i wieczorem, właściwie po południu, zaczyna się Taniec Słońce, to znaczy wnosi się wszystkie offerings dla Stwórcy, czyli rzeczy, które będą używane podczas Tańca: bębny, czaszki bizonie, nowe siekiery do ścinania drzewa, liny, z których tancerze będą się zrywali i wiele innych akcesoriów, szałwię, fajki i to wszystko, co będzie potrzebne w Sun Dance lodge. Potem wszystkie osoby, które znajdują się na terenie obozowiska, staja w szeregu i gęsiego, jeden za drugim, idą na wytyczone miejsce. Jest tam wbity palik z gałęzi topoli (cottonwood). Tu będzie stał główny pal (main pole), wokół którego wszystko się toczy. Śpiewa się wtedy pieśń Tańca Słońca. Gdy cały korowód dojdzie już na miejsce, wypala się fajkę, a następnie wymierza się okrąg cyrklem, tzn. do palika przywiązuje się sznurek i następnym kołkiem robi się obwód, wokół którego będzie stało całe rusztowanie, dwanaście słupów, które jak mówią Czarne Stopy, symbolizują dwanaście miesięcy (co niektórzy mówią, że to 12 apostołów), a głównym palem, z którego zrywają się tancerze, jest Stwórca (Jezus). Następnie wieczorem, rozstawia się główne tipi Tańca Słońca i śpiewa się ostatnią pieśń, ponieważ w roku śpiewa się cztery pieśni Tańca Słońca: jesienią, zimą i wiosną, a ostatnią śpiewa się latem, na dzień przed rozpoczęciem Tańca. W tipi znajduje się jedzenie. W ogóle w tej społeczności wszystko opiera się na jedzeniu, począwszy od szałasu potu (sweat), wszelakich spotkań, polowań. Zanim się rozpocznie cała impreza, w tym dużym tipi jest jedzenie, potem odśpiewanie tej ostatniej pieśni, różne mowy, skierowane do tancerzy i ludzi, którzy będą uczestniczyli w tańcu, do pracowników, bo do obsługi Tańca potrzeba dużej rzeszy ludzi, tych, co rąbią drzewo, przynoszą chrust, zajmują się toaletami. Bacznie obserwuje się kobiety, czy nie mają akurat okresu, czy nie są na moonie, bo to koliduje z siłą tancerzy. Buster wspominał, że kobiece sprawy comiesięczne i Taniec Słońca to tak jak białe i czarne. Dwie różne energie. Tę ostatnią pieśń wykonuje określona liczba śpiewaków. Trzymają oni skórę bizona, którą po skończeniu pieśni się wyrzuca. Śpiewacy cztery razy robią zamach i rzucają ją na ziemię, blisko wejścia. Symbolizuje to, że wszystkie modlitwy, prośby skierowane do Boga, zostały wysłuchane.
Następnie osoby, które stawiają Taniec Słońca, czyli tym razem Buster Yellow Kidney, Johnny Rider i dwóch innych szamanów, siadają z tyłu tipi i ustawiają się do nich kolejki ludzi: ci, którzy chcą tańczyć, którzy chcą być przekłuwani; tak samo z kobietami. Polega to na tym, że podchodzi się do szamana z ofiarą, czyli materiałami w określonych kolorach, których używa się podczas tańca. Ja miałem biały, czerwony, niebieski i żółty. Symbolizuje to cztery wiatry. Jak zawsze przynosi się też tytoń. Kiedy jest twoja kolej, podchodzi do ciebie pomocnik szamana albo tej osoby, która stawia Taniec Słońca, i daje ci fajkę. Z nią klęka się przed człowiekiem, z którym mówisz. Określiłem to jako "spowiedź". Trzyma się te wszystkie ofiarowane materiały, na nich fajkę i tytoń, i mówi się, że chcesz brać udział w Tańcu. Jeśli ta osoba przyjmie fajkę, to znaczy, że ciebie wysłucha i masz prawo tańczenia. Ofiarowałem fajkę jednemu szamanowi, który pochodzi z rezerwatu Kainów (Blood) ze Standoff w Kanadzie. Przyjął ją i rozmawiałem z nim przez dobrą godzinę. Za mną czekało dużo ludzi, tak więc cała ceremonia składania ofiar i tych rozmów kwalifikacyjnych trwała do późna. W rozmowie wylałem wszystko, co kotłowało się we mnie, co było stłumione, co chciałem z siebie wyrzucić. Powiedziałem mu dlaczego chcę tańczyć, między innymi wspomniałem o tym siostrzeńcu mojej znajomej, który po pijaku wracał z imprezy i miał wypadek. Lekarze dawali mu 48 godzin, właśnie wtedy, gdy zaczynał się Taniec. Gdy wszyscy ludzie zaoferowali fajkę i odbyli rozmowę, przywódca stowarzyszenia Dzielnych Psów (Crazy Dogs), którym jest Leon Rattler, wyznaczał myśliwych (hunters) na poranne polowanie na drzewo. I tutaj walnął we mnie niesamowity speed, bo Leon wybrał mnie jako jednego spośród nich. Zanim brzask ukazał się nad obozem, Leon przyszedł rano do namiotu i zapukał:
- Golden Many Hides, are you ready ?
Wstałem i poszedłem z nim. W ten sposób zebraliśmy całą ekipę myśliwych. Było siedem osób, wśród nich Sky Hawk i ja. Wybraliśmy się do miejsca, w którym znaleziono drzewo. Przy nim odbywa się specjalna ceremonia. Co ciekawe, zamiast tego drzewa, które znaleziono już trzy tygodnie wcześniej, wybraliśmy inne drzewo. Zanim weszliśmy do lasu, oczyszczenie szałwią i modlitwa. Wchodzimy w las i okazuje się, że jest lepsze drzewo. Z kory tamtego drzewa, co miało być palem, wychodziły różne rzeźby, bizona, niedźwiedzia, atak wojownika na niedźwiedzia... Tak więc było to niesamowite drzewo. Po chwili ktoś krzyknął, że znalazł lepsze drzewo. Usiedliśmy więc w kręgu, z czterech stron świata rozpalono małe ogniska, na które położono sweet grass. Wypaliliśmy fajkę i każdy z nas miał opowiedzieć historię ze swego życia. Pewien młody chłopak, opowiadał historię o grze w koszykówkę, jak go Stwórca wyciągnął z opresji, żeby nie złamał nogi. Sky Hawk zwierzał się z tego, co zaznał w Europie. Gdy przyszła kolej na mnie, wyznałem to, co leżało mi na sercu, po co tu jestem, po co tańczę i co zamierzam robić. Wielu z nas bardzo się wzruszyło. Wiedzieliśmy, że od tego momentu zaczyna się już poważna gra, właśnie "bliżej" Stwórcy.
Po znalezieniu drzewa, zostało ono przewiązane czerwonym materiałem, pod który wetknięto sweet grass, aby je oznaczyć, bo wkrótce drzewo, które uważa się "wroga" (enemy), zostanie zabite. Zanim wróciliśmy do wioski, zatrzymaliśmy nad małym jeziorkiem. Była może siódma rano. Mgła się snuła po tafli jeziora. Były dwa czy trzy żeremia bobrowe i zrywaliśmy gałązki wierzby (willow), żeby zrobić z nich przepaski, korony (wianki) na głowę z liśćmi i rózgi. Kiedy wróciliśmy do wioski, ludzie krzątali się już wokół tipi i przyczep. Było około dziewiątej.
Zaparkowaliśmy samochód w dole rzeki i ubraliśmy się ponownie w akcesoria, zrobione nad jeziorem. Kierowaliśmy się do głównej bramy, którą słońce wpada do altany, zaznaczonej gałęziami z wierzby, wbitymi w ziemię. Przez tę główną bramę wchodziliśmy na teren altany z okrzykami podziękowań. Znów takie emocje, że popłakałem się. Ludzie, którzy na nas patrzyli, zaczęli wydawać okrzyki, a potem śpiewać kolejną pieśń Tańca Słońca. Kiedy dobiegła końca, a my doszliśmy do dwóch osób, które stawiały Taniec Słońca, i powiedzieliśmy, że enemy zostało znalezione i tylko trzeba je uśmiercić. Siedliśmy w kręgu, gdzie wyznaczono miejsce na wkopanie pala, wypaliliśmy fajkę, a po tym zaczęliśmy kopać główną dziurę pod słup. Inni ludzie zajęli się kopaniem dziur pod 12 pali na obwodzie. Zajęło to może dwie godziny. Później wszyscy ludzie udali się samochodami do miejsca, w którym znajdowała się topola (cottonwood). Nikt nie może wyprzedzić samochodu, który ciągnie przyczepę do przewożenia drzewa. Znowu wszyscy sznurkiem jadą za samochodem, w którym znajdowali się wszyscy myśliwi, między innymi ja i Sky Hawk. Przy podjeździe pod górkę, znów jakiś pech, bo odczepiła się przyczepa. Pękły łańcuchy. Samochody się zatrzymały, nastąpiło oczyszczanie wszystkiego, kół, silnika, ludzi. Wypalenie fajki. "Boże - pomyślałem - czy to nie jest spowodowane mną, moim pechem, jaki miałem w przeszłości, w szałasie i podczas Tańca, kiedy fajka mi się rozeszła?" Buster dał kolejny raz do zrozumienia, abyśmy się nie przejmowali, bo Stwórca daje nam znać, żebyśmy byli opanowani, że za bardzo to przeżywamy i musimy się uspokoić. Cały korowód ruszył więc dalej.
Dojechaliśmy do miejsca, w którym stało drzewo. Kolejny raz rozpalono ognisko, kolejny raz w tych samych miejscach. Ja rozpalałem swoje, ponieważ to myśliwi byli przy drzewie. Położyliśmy też sweet grass i wypaliliśmy fajkę. Znowu mowy ludzi, po co to robią, dlaczego, jaki to ma sens. I moment główny - symboliczne zabicie drzewa. Zanim to nastąpiło, oczyszczono dwie siekiery nad sweet grassem. Jeden z moich znajomych miał strzelbę. Oddał symboliczny strzał w górę, że drzewo zostało zabite. Zanim mężczyźni zabiorą się do ścięcia drzewa, cztery razy pozoruje się uderzenie, po czym zaczyna się rąbać. W tym czasie śpiewa się kolejną pieśń, a kiedy drzewo się przewraca, wszyscy ludzie krzyczą i wyją, tak jakby wróg został zabity. Potem wróg jakby się wskrzesza w pomost do Stworzyciela. Drzewo zostało zrąbane i Buster powiedział, że każdy z uczestników powinien wziąć kawałek liścia, szczapy czy drzazgi z tego pala, który symbolizuje miłość i pokój po zabiciu właśnie wroga. Nie wiem, to sprawa filozoficzna. Kilka minut temu był wrogiem, a teraz przyjacielem, pomostem do Boga. Kawałki tego drzewa symbolizują pokój i nadzieję na następny rok, aż do następnego Tańca. Mężczyźni chwycili drzewo, wśród nich moja skromna osoba, i przenieśli na przyczepę. Zanim korowód ruszył do wioski, ścięto też wiele drzewek brzozy i gałęzi topoli do osłony altany przed promieniami słońca. Tego musi być dużo, cała góra gałęzi.
Korowód rusza do wioski. Tutaj kolejna ceremonia, bo wóz wjeżdża na plac i zdejmuje się drzewo na kozły, specjalne podpórki, aby nie leżało na ziemi, jego koniec obwiązuje się czerwonym materiałem, pod który wsadza się sweet grass i tytoń. Czerwony materiał symbolizuje krew. Tytoń i sweet grass podarowuje się matce ziemi. Potem przywiązuje się liny, z których tancerze będą się zrywali. Drzewo z końcem w kształcie Y zostaje oczyszczone z gałęzi i liści. W tym miejscu schodzą się wszystkie tyczki z góry. Po odśpiewaniu kolejnej pieśni, drzewo wstawia się do wykopanego dołu. Jedna grupa jest przy głównym słupie, druga przy linach. Ludzie z linami rozchodzą się w cztery strony świata. Kolejna grupa zakopuje to drzewo. Po wkopaniu drzewa, wykonuje się całą altanę Tańca Słońca, zwaną też areną. Wkopuje się 12 pali, a każdy z nich ma koniec w kształcie Y, do czego przywiązuje się poprzeczne tyczki. Na ich końcach przywiązuje się kolorowe flagi, z każdej strony świata inne kolory, które jak w buddyzmie, są ofiarami i zanoszą modlitwy do bogów, poruszają Dziadków, Babcie, Matkę Ziemię i Stwórcę. Całą altanę skończyliśmy wieczorem i wtedy następuje uroczyste wejście. Wszyscy tancerze i tancerki, znowu jeden za drugim, wchodzą do środka. Trzeba obejść altanę dokoła. W czterech miejscach stoją ludzie ze sweet grassem i zanim się wejdzie, trzeba się okopcić.
Wszedłem do altany z fajką i wszystkimi przyborami na te cztery dni i czułem, że coś się stanie ze mną. Nie wiedziałem, jaki stąd wyjdę. Dziś rano przestałem jeść i pić. W środku pali się ognisko. Tancerz prowadzący (head dancer) rozlokowuje tancerzy. Każdy ma swoje miejsce. Jest czwartek wieczór i zaczęliśmy tańczyć. Skończyliśmy może o trzeciej nad ranem. Poszliśmy spać.
W piątek rano o świcie zaczyna się właściwy Taniec. Zaczyna grać kapela i wszystko budzi do życia. Pamiętam, że nie mogłem się skoncentrować, wszystko przewijało mi się przez umysł, moje życie w Polsce, począwszy od podstawówki, przez szkołę średnią, wszystkie zloty, moja cała rodzina, znajomi. Wszystkich miałem przed oczami, nie mogłem się skoncentrować, nad tym, gdzie jestem i co tu robię. To było jakby uderzenie młotem w moją jaźń. Co chwilę wokół nas chodził główny tancerz i mówił Stay focus, stay focus, focus on the main pole. Po prostu tańcząc, trzymając gwizdek w ustach, trzeba cały czas patrzeć na słup, który symbolizuje pomost do Stworzyciela. Miałem koronę z szałwi, którą zrobiła mi ciocia, Margaret Running Crane, naramienniki i opaski na nogi, też z szałwi. Co jakiś czas są przerwy, 5-10 min na odpoczynek dla tancerzy i kapeli, żeby nie zajechała się na śmierć. Można wtedy pogadać z towarzyszami, którzy są przy tobie, ktoś zapali fajkę czy papierosa. Później znowu taniec. Piątek był dla mnie ciężkim dniem. Czułem, jakbym wychodził z siebie, to znaczy wydobywał się z syfu, zaszufladkowania, tragedii, malign, które przechodziłem w dotychczasowym życiu. Czułem, jakby coś się ze mną działo. W piątek wieczorem poczułem, że jestem spragniony. Zawołałem Leona Rattlera, który pilnował ognia i który był jakby moim łącznikiem z obozem, gdzie byli moi znajomi i rodzina, która mnie przyjęła do siebie. (Przez cztery dni Tańca tancerze właściwie nie opuszczają altany, tylko idąc za potrzebą fizjologiczną. Wychodząc z altany, trzeba dokładnie zakryć się kocem przed światłem. Idzie się do shit holes, które wcześniej samemu się kopało. Dwie latryny przeznaczone są wyłącznie dla tancerzy, kobiet i mężczyzn. Prowadzi cię specjalny "przewodnik". Z kocem udajesz się, zakryty niczym Arabka, do miejsca przeznaczenia. Wracając do altany, oczyszczasz się szałwią.) Spytałem go, czy chłopak żyje. W piątek wieczorem Leon przyszedł i przyniósł papierosy miętowe, które dają lekką ochłodę dla ust. Powiedział, że chłopak żyje.
W sobotę rano znowu obudził mnie gwizdek. Gwizdek, bęben - wstajesz i znowu zaczynasz tańczyć. Do południa w sobotę byłem silny, od południa, słońce waliło wtedy niesamowicie, zacząłem odpływać, to znaczy czułem, że już nie mam władzy nad nogami. Same tańczą, ręce same pracują, gwizdek sam gwiżdże. Dwa-trzy razy myślałem, że upadnę. Myślałem, że wyjdę z ciała, myślałem, że się przewrócę. W momencie kiedy poczułem, że jestem słaby, złe duchy, jak zawsze, zaczęły mi walić po mózgu, czy czasami nie wyjść z altany, czy tego nie skrócić, po co ja to robię, po co ja tu jestem, cierpieć? Po co i dlaczego? Myśli te podsuwały mi złe duchy, bo dwóch tancerzy wymiękło w sobotę po południu. Jeden okazał się diabetykiem, drugi po prostu zemdlał. Jest to bardzo niekorzystne dla pozostałych tancerzy, którzy to widzą. Takie myśli przewijały mi się przez mózg, czy ja to wszystko przetrwam, czy przeżyję tę męczarnię, katorgę dla ciała, ale nie dla duszy. Jestem tutaj dla Stwórcy, dla ludzi, którzy potrzebują pomocy, dla chłopaka, który leży w szpitalu, dla tych, którzy mają kłopoty z alkoholem, nie tylko w rezerwacie, czy wśród moich znajomych w Detroit, ale również w Polsce, wśród moich znajomych, którzy mają fajki, a nie wiedzą jak się z nimi obchodzić, kładą je na ziemię, a na dodatek jeszcze piją. Odpychając te myśli wyjścia z altany, a było to niesamowite przejście i kiedy już praktycznie padałem na kolana, w tym momencie na gwizdek usiadł konik polny i był ze mną przez całą jedną pieśń. Poczułem wtedy, jakby nowe siły powstały we mnie. Już po zakończeniu Tańca Buster powiedział mi, że konik polny (grasshopper) w kulturze Czarnych Stóp jest kimś świętym, jest posłańcem (messengerem). Tak jak orzeł ma swoją rolę w tej społeczności, każde zwierzątko, nawet piesek preriowy, który używany jest jako święta rzecz w medicine bundle, tak i konik polny ma swą świętą funkcję i rolę. Powiedział, że mnie pobłogosławił, dał mi moc i siłę, i rzeczywiście tak było, bo poczułem moc w nogach, co jest bardzo istotne.
Snów jako takich nie pamiętam w altanie, od czwartku do niedzieli, bo spałem jak zabity, ale ten znak z konikiem polnym dał mi wiele do myślenia.
W sobotę po południu tancerze zrywali się. Wieczorem kolejny raz ciągnęli czaszki dookoła altany. Krew się nie leje, tylko jest ten niesamowity odgłos, kiedy skóra pęka na piersi czy plecach. Przy zachodzie słońca tancerze ciągnęli czaszki, których jest osiem, a czasami i trzynaście dookoła, biegną wraz z pomocnikami, którzy biegną dodając im otuchy. Jeśli tancerz nie zerwie się przy jednym okrążeniu, to albo biegnie jeszcze raz albo staje przed główną bramą i pomocnicy (pomocników jest tylu, ile czaszek, jeśli ktoś ciągnie osiem czaszek, miał ośmiu pomocników), którzy z nim biegli, przytrzymują czaszki, a on stara się od nich uwolnić. Skóra pęka i tancerz wbiega na środek placu. Jest to witane okrzykiem przez innych tancerzy.
Zauważyłem, że Taniec Słońca jest inaczej odbierany, gdy jesteś wśród gości, wśród zaproszonych, z rodziną, czyli obserwatorem, a inaczej gdy jesteś tancerzem. To wszystko inaczej wygląda. Nie widzisz tych wszystkich rzeczy, gdyż patrzysz na pal przez te cztery dni. Przebiegają ci wszystkie złe myśli, ale i dobre uczynki.
Koncentrujesz się na tym, po co tu przyszedłeś. Prosisz Stworzyciela o pomoc, związaną z siłą, żebyś przetrwał do następnego roku. Gdy się jest tancerzem Słońca, to właściwie cztery razy trzeba to przejść, cztery lata, co roku. Tak więc pierwszy Taniec mam już za sobą. Jak jestem do tego nastawiony? Zupełnie inaczej niż przed pierwszym. Wiem już, co mnie czeka, jaki trud do pokonania, a jednocześnie radość, jaka następuje, kiedy wychodzisz z altany. Tancerze, z którymi byłeś w środku automatycznie stają się twoimi braćmi i siostrami i w ciągu roku, gdy potrzebujesz pomocy, nie mają prawa ci odmówić. Już się spotkałem z serdecznością, gdy spotykam w Browning na ulicy swoich braci czy siostry. Każdy oferuje ci miejsce, papieros, kawę, co ci trzeba. To jest niesamowite.
Wracając jeszcze do soboty, kiedy konik polny usiadł mi na gwizdku. Notabene, gwizdek ten jest zrobiony z kości polskiego orła, które , przed wyjazdem do Stanów dostałem od Miśka, który pracuje w wolińskim zoo. Dostałem od niego w prezencie wyprawiony łeb bielika, szpony i kości plus pióra. Z tego wszystkiego został mi tylko jeden szpon i gwizdek. Po zakończeniu Tańca Słońca głowę orła podarowałem Busterowi w czasie ogólnego rozdawania (give away), w podziękowaniu za wszystko, co dla mnie zrobił. Nie wiedziałem, jak go obdarować za to, co zyskałem po Tańcu Słońca, że mi to umożliwił, że byłem jednym z tancerzy. Wywołało to podziw wśród Indian. Byłem dumny, radosny, że mogłem mu przekazać polską energię w postaci orła.
W czasie Tańca odprawia się różne ceremonie: kogoś się uzdrawia - ty tańczysz; komuś nadaje się imię - ty tańczysz; ktoś bierze ślub - ty tańczysz. Jest to coś niesamowitego, wiele imprez dzieje się w tym czasie. W ceremonii uzdrawiającej mego przybranego ojca w Ameryce, Williama Goat Running Crane, podwieźli go na wózku inwalidzkim do głównego pala i cała rodzina, wnukowie, córki, no część rodziny, bo cała liczy może 1500 osób, tyle samo co wioska Tańca Słońca. Wszyscy byli wokół pala. Podziałało to na mnie niesamowicie, tak że się skóra jeży. Wtedy można wyjść z kręgu tancerzy. Przez cały czas tancerze są oddzieleni od gości, czyli od świata zewnętrznego, takim małym płotem, zrobionym z gałęzi wierzby. Wyszedłem z tego ogrodzenia i tańczyłem razem z nimi. Włożyłem Willie'mu na głowę swoją koronę z wierzby i wróciłem do kręgu, tańcząc dalej bez korony. Działo się to w niedzielę, pod koniec Tańca.
Zakończenie mocno się przeciągało, ludzie wyli za wodą. Ja też miałem pragnienie jak cholera, ciężko było, strasznie ciepło. (W nocy z kolei, jak to w Montanie na pustyni, bardzo zimno, -20 stopni . Miałem śpiwór, do tego koc i jeszcze wełniany płaszcz angielski z II wojny światowej.) Jeden z moich znajomych, który obsługiwał Taniec, przyniósł specjalne ziele do żucia, które daje trochę ochłody dla gardła, bo jest ono wyschnięte na pieprz. Pomyśl, cztery dni trzymać gwizdek w zębach i dmuchać przy temperaturze 30 - 40 stopni, kiedy ci barki palą, cały brzuch, twarz. Nie czujesz już tego. Spalony byłem jak czekolada. Poza tym jest też grupa ludzi z fajkami, która chodzi wokół tancerzy i oczyszcza ich specjalną mieszanką wielu różnych ziół, tzw. Sun Dance smudge. Ma przepiękny zapach i powoduje orzeźwienie. Ludzie obserwują wszystkich tancerzy, ich zachowanie, ruchy, grymasy na twarzy. Kiedy już upadałem, kiedy konik polny usiadł mi na gwizdek, podeszli do mnie i okopcili mnie, dodając sił.
Kiedy więc ludzie wyli za wodą, Buster przekazał wszystkim mądre słowa. Stwierdził, że cztery dni poświęcenia, męczarni to jest nic w porównaniu z tym, co Bóg nam daje, całe 365 dni; to, że żyjemy, że mamy co jeść, że mamy wodę. Po Tańcu Słońca nabieramy przez to szacunku do jedzenia i wody. Przypomniały mi się wtedy przykazania, których uczyłem się na lekcjach religii w Gdańsku: umiarkowanie w jedzeniu i piciu. Ludzie biorąc do ust wodę i jedzenie przez cały rok, nie zdają sobie sprawy, jaki to jest boski produkt. Po czterech dniach Tańca czy głodówki, człowiek nabiera szacunku, jaki ten produkt jest ważny dla naszego ciała.
W ostatni dzień, zanim wyszedłem z altany, marzyłem o smaku arbuza, że jak wyjdę, to od razu ulokuję swoje zwłoki w okolicznej rzeczce, która przepływała koło obozu. Taniec Słońca to wielkie święto, niezwykłe wydarzenie. Ma wiele znaczeń. Na przykład to, że spotykasz znajomych, których przez cały rok nie widzisz i czujesz się w tej społeczności przepięknie. Nie ma przemocy, nie ma chamstwa, kłamstw, pijaństwa, narkomanii, nie ma zdjęć, fotoreporterów. Po prostu jest spokój. Ludzie się szanują i kochają. To są tylko cztery dni, a co by było, gdyby taki był cały rok...
Gdy wyszedłem z altany, od razu zapytałem, czy ten chłopak żyje. Powiedziano mi, że tak. Mało tego, lekarze stwierdzili, że cudem z tego wyszedł. Żyje do dziś, widziałem go niedawno. Jeździ na wózku, nogi ma sparaliżowane. Na pewno coś zrozumiał, coś dotarło do niego. Po zakończeniu Tańca nastąpiło jedzenie. Oczy chcą wszystko zjeść, wszystko wypić, ale tego nie da się zrobić. Zaspokoiłem się kawałkiem arbuza i szklanką wody. Rzuciłem się do okolicznej rzeczki. Niesamowite odczucie. Czułem się, jakbym parował. Mgła angielska dobywała się ze mnie. W trakcie jedzenia jest rozdawanie. Miałem sporo prezentów, bo to był mój pierwszy Taniec Słońca i obdarowałem wielu ludzi. Podszedł do mnie Leon Rattler, albo Sky Hawk, już nie pamiętam, położył mi rękę na ramieniu i powiedział:
- Wiesz, że byłeś pierwszym Europejczykiem, który brał udział w Tańcu Słońca, stawianym przez Bustera?
Dopiero po chwili to do mnie dotarło.
Po Tańcu, w poniedziałek i wtorek były dwa sweaty po osiem rund. Powinny być przez cztery dni, ale zrobili w dwa dni, za to po osiem rund, żeby duch powrócił do ciała, żeby pożegnać ducha bizona i pozwolić mu odejść na wieczne łowiska, aby sprowadził deszcz na ziemię, i żeby w następnym roku powrócił do nas. Potem pięć dni odpoczywałem. Spałem i piłem. Piłem i spałem. Kiedy wychodziłem z altany, przypomniały mi się słowa jednego z tancerzy. Powiedział on, że kiedy wyjdziesz stamtąd, zaraz będziesz chciał wrócić. To moment, kiedy jesteś sam ze sobą, sam na sam ze Stwórcą, modląc się 24 godziny na dobę. I rzeczywiście tak było. W niedzielę skończył się Taniec, a już w poniedziałek wieczorem zacząłem wyć, płakać, miałem dreszcze, skóra się jeżyła, że wszystko się skończyło. Po Tańcu masz niesamowite odczucie, taka błogość, miłość w środku, spokój. Chciałem to jak najdłużej utrzymać, nie chciałem tego utracić. Wiedziałem, że to uczucie musi mi wystarczyć na kilka miesięcy. Od tamtego czasu moje życie się zmieniło. Wielokrotnie jeszcze miałem maligny i dawałem sobie wtedy do zrozumienia, że nie powinienem się przy byle błahostce załamywać, bo jestem Tancerzem Słońca... Cztery dni roku będę oddawał Stwórcy w zamian za radość i pokój w wysłuchaniu próśb. Myślałem, aby pojechać do pracy w Detroit albo do Polski. Zarezerwowałem już bilet, ale miałem tragiczny sen, że byłem w Polsce i śniło mi się, że byłem pijany, widziałem butlę wódy w dłoniach mojego przyjaciela i jednocześnie fajkę. Po tym śnie zadzwoniłem do agencji turystycznej i odmówiłem bilet.

Bartosz Stranz
"Tawacin" nr 3[43], jesień 1998, ss. 16-21


Kilka słów o Powwow (2003)|Pytać, aby się doskonalić (1996)|Lato w Browning (1996)|Zima w Browning (1997)|Bliżej Stwórcy (1998)|Wizyta Indian na Pomorzu (2006)




"Wizyta Indian na Pomorzu" listopad 2006 r. - teksty publikowane : Powwow Katowice 2006






Na prośbę Bartka Stranza chciałbym zamieścić nieco informacjii na temat grupy Indian Nisqually oraz Czarnych Stóp (Blackfeet) , którzy będą brali udział w nadchodzącym Katowickim pow-wow.
Grupa Indian Nisqually przyjeżdzająca wkrótce do naszego kraju jest ściśle związana z Frank's Landing Indian Commmunity.
Inicjatorami ich przyjazdu są Allison Gottfriedson (Nisqually) przewodnicząca w Frank's Landing Indian Community i Leon Rattler (Blackfeet) pracujący obecnie dla Frank's Landing Indian Community w charakterze attache kulturalnego i doradcy w programach przywracania Tradycji.
Leon jako aktywny członek AIM w latach 70-tych był m.in. zaangażowany w sprawę walki o łowiska łososi w Rezerwacie Nisqually w stanie Washington .
Przybywająca grupa Nisqually liczy 15 osób w skład której wchodzą pieśniarze, tancerze, bębniarze i członkowie Native American Church.
Oprócz Indian Nisqually przyjezdżają z nimi 3 osoby z Plemienia Blackfeet z Montany, czyli w sumie grupa liczyć będzie 18 osób.
Członkowie Plemienia Blackfeet to Leon Rattler, który jest jednym z liderów Stowarzyszenia Brave Dogs jak również jednym z liderów Tańców Słońca w Rezerwacie Blackfeet w Montanie.
Oprócz Leona przyjezdża jego wnuczka Thanisha Rattler oraz Skunkie Scabby Robe jeden z członków znanej grupy pow-wow Black Lodge Singers .
Oczywiście oprócz grupy Indian w raz z nimi przylatuje do Polski nasz kolega Bartek Stranz, który od 15 lat zamieszkuje w USA . 10 lat swojego życia spędził w Rezerwacie Czarnych Stóp w Montanie - jest jednym z inicjatorów i organizatorów całego przedsięwzięcia.
Pobyt całej grupy ma trwać od 18 do 28 listopada, w programie pobytu są planowane m.in. spotkania z byłym Prezydentem RP Lechem Wałęsą, Rektorem Uniwersytetu Gdańskiego oraz Wojewodą województwa Pomorskiego .
Ostatnimi punktami w programie pobytu całej grupy jest udział w pow wow w Katowicach , pózniej zwiedzanie Krakowa. Wylot z powrotem 28 listopada z Krakowa.
Mam nadzieję że zamieszczone tu informacje troche rozjaśniają cała sprawę.

Pozdrawiam
Cyprian Świątek
Listopad 2006

Poniżej znajdziecie linki do stron o narodzie NISQUALLY :
www.nisqually-nsn.gov
home.att.net/~p.e.s/Nisqually.html
www.u-s-history.com/pages/h1561.html
en.wikipedia.org/wiki/Nisqually_(tribe)
www.angelfire.com/art2/nisqually


Poniżej znajdziecie linki do stron o narodzie BLACKFEET i rezerwacie w Montanie :



Wojewoda pomorski Piotr Ołowski spotkał się w środę z indiańskimi pieśniarzami i tancerzami z plemienia Nisqually i Blackfeet ze Stanów Zjednoczonych. Goście powiedzieli, że solidaryzują się z ofiarami tragedii i ich rodzinami.
Gdańsk to nie jedyne polskie miasto w jakim gościli Indianie, w planach mają również wizytę w Katowicach, gdzie poprzez śpiew, taniec i modlitwę chcą wyrazić swój żal i smutek związany z tragedią w kopalni "Halemba".
- Na pewno będzie wspólna modlitwa, wypalona fajka i taniec. Mając szacunek dla rodzin poszkodowanych górników, Indianie wyrażają żałobę tańcem i śpiewem- mówi Bartosz Stranz, opiekun gości.
To nie pierwszy raz kiedy Indianie solidaryzują się z Polakami, po śmierci papieża Jana Pawła II w rezerwacie Blackfeet ogłoszono żałobę.
Informacja pochodzi z serwisu www.hitfm.pl

Linki do kolejnych relacji z pobytu w Polsce grupy Indian Nisqually oraz Czarnych Stóp (Blackfeet) :
" Indianie w Gdańsku" . Relacja telewizyjna w TVP 3 Gdańsk - 2 min.
" Czarne Stopy na Pomorzu" - artykuł w "GOŚĆ GDAŃSKI"
" Indianie w Muzeum Morskim" . Wizyta w Centralnym Muzeum Morskim w Gdańsku.
" Spotkaj się z Indianami " - zapowiedź spotkania na Uniwersytecie Gdańskim.
" Spotkanie Indian Nisqually ze społecznością UG " - zapowiedź spotkania .
" Czarne Stopy na uniwersytecie " - zapowiedź spotkania .
" Taniec i śpiew przybliżyły indiańską kulturę "
" Rdzenni Amerykanie w Szymbarku" - zapowiedź spotkania .
" Międzykulturowe spotkanie Indian z Kaszubami " - zapowiedź spotkania .
" To nie show, to nasz sposób życia - mówią współcześni Indianie " .
" Prawdziwi Indianie w Gdańsku " - galeria zdjęć
" INDIANIE NISQUALLY U WOJEWODY PIOTRA OŁOWSKIEGO " - galeria zdjęć


Kilka słów o Powwow (2003)|Pytać, aby się doskonalić (1996)|Lato w Browning (1996)|Zima w Browning (1997)|Bliżej Stwórcy (1998)|Wizyta Indian na Pomorzu (2006)




Wróć do strony Pow Wow | Wróć do strony głównej


stat4u
Copyright by Dariusz Lipecki